niedziela, 25 lutego 2018

Gwałt na otwartym sercu

Dearest Girls. Macie rację, psychopata jest jak gwałt. Jak napisała jedna z Was w komentach: "Można udawać,że się nie pamięta.... ale flashbacki wciąż wracają... mimo upływającego czasu...". 

Ja akurat nie mam flashbacków, tylko bardziej Mrożoną Rybę / zabetonowany grób. Tak pogodnie bym to określiła :) Ale że to gwałt, to się zgadzam. Tym właściwie jest "relacja" z psychopatą - gwałtem na emocjach, uczuciach, a przede wszystkim - sercu. I chyba serce najmocniej to pamięta. Tak, jak zgwałcona kobieta może mieć problem z seksem, podobny mechanizm dotyczy uczuć. Serce pamięta traumę i za wszelką cenę unika bliskości. Szczerze mówiąc, to jestem tym już chyba nawet zmęczona i chyba bym się już z dwojga złego ;) wolała w kimś nareszcie zakochać. 

Dziś miałam okazję, bo spotkał mnie Chamski Zimowy Podryw. Poszłam na łyżwy (moje ostatnie odkrycie, pasja, sens życia, radość i ból) i zagadywał mnie jakiś koleś. Dał do zrozumienia, że wprawdzie jest żonaty, ale tutaj akurat jest sam ze znajomymi i że może by tak zachować dyskrecję i jakoś dłużej pogadać. Spojrzałam na niego oczami, w których mieniły się na przemian wielkie moherowe berety i czarne pistolety, powiedziałam, że życzę udanej i SZYBKIEJ jazdy i natychmiast się ulotniłam. 

O gościu szkoda gadać, ale o łyżwach warto. Spieszę donieść, że TO (ruch, słońce, świeże powietrze) jednak jakoś DZIAŁA. Oczywiście, znam z autopsji ostre stany depresji, kiedy nie ma się sił nawet wypowiedzieć słowa "łyżwy", a co dopiero ubrać się i wyjść z domu, ale w stanie depresji umiarkowanej, sport pomaga. Być może łatwiej mi się zmobilizować na totalnym wkurwie, bo mam w pracy gościa, który zadaje pytania / wydaje polecenia w takim stylu i takim tonem, że depresyjnego flaka / wyluzowanego rastamana / kwiat lotosu / buddyjskiego mnicha potrafi w dziesięć sekund zamienić w bombę atomową, która zmiotła z powierzchni ziemi Hiroszimę. 

Ujmujący koleś. Jako że nie piję, a muszę jakoś odreagować, to po serii niszczenia poduszek / rzucania o ścianę kostkami lodu (jak furia, to tylko ekscentryczna, Baronowo!), w końcu w pokorze sięgnęłam po Stare, Wszędzie Opisywane Metody, które zazwyczaj wydawały mi się zbyt banalne, jak na moją skomplikowaną i artystyczną duszę. I co? I działa. Kupiłam sobie ekstra figurówki i chodzę prawie codziennie :) Jeśli z tego wszystkiego rozpocznę spóźnioną karierę sportową, to pierwszy medal olimpijski zadedykuję temu wkurwiającemu facetowi :)

Wracając do meritum - samotność mnie zarazem nudzi i nie nudzi. Dobrze się czuję we własnym towarzystwie i potrzebuję sporo czasu w izolacji, męczy mnie bardzo nadmiar bodźców. Ale zarazem mam jednak poczucie, że są przecież na mapach przeżyć, uczuć i myśli, takie rejony, do których dotrzeć można tylko we dwoje. I zwyczajnie pochodziłabym też na spacery do lasu, a sama się boję. 

Nie mam pojęcia, jak to dalej będzie wyglądało, bo przecież nie jest łatwo spotkać prawdziwą bratnią duszę, nie jest łatwo zaufać tej duszy i sobie, nie jest łatwo wytrwać i się nie zniechęcić jakimiś głupotami, nie jest łatwo odróżnić te głupoty od spraw poważnych. 

W każdym razie - chciałabym z kimś być, ale chyba jeszcze nie teraz :)))) Pozdrawiam Was gorąco i mam nadzieję, że macie się dobrze. Dziękuję za wszystkie miłe i ciepłe słowa. Zamawiacie jakiś konkretny temat następnej notki?

piątek, 26 stycznia 2018

Praca na kaca nie zawsze popłaca

Właśnie odkryłam, że jestem w toksycznym związku. Z szefem! Na szczęście nie mieszkam z nim, nie kocham go, nie mam z nim dzieci ani nawet nie pocałowałabym go w rękę ani policzek, natomiast moja relacja z zakładem pracy zaczyna niebezpiecznie przypomimać psychozwiązek. 

Wypiszmy zatem cechy wspólne:
1. Stałe zajęcie myśli robotą.
2. Analizowanie, co mogłam zrobić inaczej, co zrobiłam źle i czy to ja jestem nienormalna, czy on/i.
3. Stałe poczucie winy bez określonej przyczyny.
4. ZMĘCZENIE.
5. Brak satysfakcji.
6. Nieokreślona nadzieja na "coś", co sprawi, że będzie INACZEJ.
7. Przyzwyczajanie się do chorej sytuacji i syndrom ofiary.
8. Sekwencja: "krzywda" -> niedowierzanie -> bunt -> otępienie / bezradność.
9. Stopniowe pomniejszanie poczucia własnej wartości.
10. Trudność w zmianie krzywdzącej sytuacji.

Nie wiem, kiedy kończy się branie trudności i nieprzyjemności na klatę, "bo z czegoś trzeba żyć", a kiedy zaczyna się uzależnienie od toksycznego klimatu. Z jednego sobie na pewno zdałam sprawę - wyjść z uzależnienia jest NAPRAWDĘ MEGA TRUDNO. A taka byłam zadowolona, że nie piję alkoholu, a palę tylko od czasu do czasu. I chociaż za chlanie albo toksyczne związki nikt nie płaci, to nadal uzależnienie od pracy jest uzależnieniem, a nie rozwojem. O tyle trudne jest to uzależnienie, że zasada "zero kontaktu" nie bardzo ma tu zastosowanie :) Co proponujecie? Macie jakieś doświadczenia? A może każdego szefa odbiera się jako zło wcielone i wyolbrzymia jego wady? 

....jeny, sam ten post świadczy o tym, że mam świra - piątek wieczorem, a ja smęcę o robo :O

sobota, 20 stycznia 2018

To cholerne zmęczenie

Kochane Dziewczyny, nie pisałam długo, bo ostatnie parę tygodni chorowałam, a wcześniej większość dni spędzałam według schematu: budzik -> fuuuuuuuuuuuuck.... -> wstaaajęęę... -> kawa + kanapka -> robo i kołowrót -> kanapa + sufit -> wanna -> spać. Wszystko poza wkręcającym kołowrotem, z ogromnym wysiłkiem. Upragnione weekendy w dresie i pod kocem, w domu bajzel, w głowie też, dobrze funkcjonuje jedynie kot. 

Nie wiem, czy to pozostałość po psychopacie, brak słońca, witamin, powietrza czy depresja, ale jestem permanentnie wykończona. Psychicznie nie czuję się jakoś fatalnie, daję radę, choć funkcjonuję dość zachowawczo, za to fizycznie czuję się jakbym miała 200 lat i totalną anemię. 

To oczywiście wpływa na psychikę, bo jeśli nie masz zwyczajnie siły posprzątać, wyrzucić śmieci, pójść po zakupy, na pocztę albo jeśli w ciągu dnia musisz wybrać tylko jedną z tych czynności, bo czujesz się zbyt słabo, żeby wykonać wszystkie, to bardzo frustruje. Bo jak tu marzyć, rozwijać skrzydła, prowadzić życie towarzyskie, zakładać rodzinę (?!!!), kiedy sukcesem dnia staje się np. wypranie ręczników i rozwieszenie ich do suszenia. 

W pracy jest trochę inaczej, bo tam tyle stresu i adrenaliny, że obudziłoby to umarłego. Ale to zmęczenie towarzyszyło mi też w poprzedniej robocie, gdzie zamiast stresu była nuda. 

Męczy mnie ten stan i ciągle łudzę się, że jak w końcu się WYŚPIĘ, to mi przejdzie i nabiorę sił. Tyle że wyspałam się już jakieś milion razy, a nadal przed wyjściem do pracy codziennie zeskrobuję swoje ciało z podłogi łyżeczką. Miała któraś z Was taki stan i zna metody wyjścia z niego? Stan Ameby doskwiera mi tym mocniej, że zawsze byłam spontaniczna i "żywa", miałam szalone pomysły i szybko wdrażałam je w życie. A teraz czuję się jakby własne ciało kazało mi zmienić temperament i osobowość, ciężko się odnaleźć  w tym stanie. 

poniedziałek, 20 listopada 2017

Przepraszam, czy zechciałby Pan mieć duszę?

"Nadajeło adzjewatsa i razdzjewatsa" ("Znudziło mi się ubierać i rozbierać") - brzmiała treść listu pożegnalnego pewnego rosyjskiego samobójcy. 

Historia najprawdopodobniej zmyślona, co nie znaczy, że nieprawdziwa. Myślałam dziś o tej nieznośnej powtarzalności i ekstremalnym znużeniu nią. Wszędzie takie same dzióbki na fejsie. Takie same pazury hybrydowe. Takie same wygolone z po bokach i dłuższe na czubku fryzury u facetów. Te same seriale, którymi się wszyscy podniecają, a z których nic nie rozumiem, bo jestem oldchoolowa i tak długo, jak tylko się dało, miałam Nokię 3310. Ten sam jogging i ciuchy do jogginu, te same smooooooothieeees z zielonych warzyw i owoców, to samo sojowe latte w pracy i to samo prosecco na randce, te same klisze w rozmowach. 

Rzygam tym dalej niż widzę, buntuję się i czuję coraz bardziej samotna. Niesamowicie brakuje mi głębi. Rozmów O CZYMŚ. Bezinteresowności. Pasji PRAWDZIWIE oryginalnej, a nie powielania pasji modnej w danym sezonie - nie wiem, btw, co jest teraz modne, zakładam, że nurkowanie w Tajlandii, ale pewna nie jestem. 

Żeby było jasne - nie mam nic przeciwko nurkowaniu, joggingowi i nawet nie mam nic do zielonych warzyw, ale kurna nie wierzę, że lubimy je WSZYSCY. Przeraża mnie życie zamienione w rytuały, których efektem ma być na dodatek głównie przejrzenie się w czyichś oczach. Piję to latte, a potem prosecco, wrzucam na fejsa info, że to piję i że się świetnie bawię, dostaję lajki, ludzie mi zazdroszczą, jestem na topie, moje życie jest udane, kolejny dzień teatru zaliczony. 

Nikt się nie domyślił, że w gruncie rzeczy jestem przestraszonym i zakompleksionym facetem, który kiedyś lubił sklejać modele, ale przestał, bo śmiali się z niego koledzy. Po paru latach takiego funkcjonowania nie pamiętam o tym już także ja sam. Dziewczyna jest mi potrzebna do tego, żeby mnie podziwiała, żeby ładnie koło mnie wyglądała i żeby zazdrościli mi jej koledzy. Czym się interesuje? No oczywiście tym samym, co ja: mną. Tyle nas łączy, mamy też wspólne hobby - lubimy jogging i... prosecco.

Się czepiłam prosecco, bo jakoś mnie mocno wkurza :) Nie było tego KIEDYŚ, że powiem, jak taka stara baba. A teraz należy do dobrego tonu pić właśnie to i wszyscy nagle to lubią. Nie buntuję się przeciwko samemu trunkowi, ale przeraża mnie, że coraz mniej wokół ludzi, którzy zeżrą normalnego schabowego bez obawy o bycie zaszufladkowanym do kategorii "Janusz i Grażyna".

Coraz mniej ludzi, którzy kurna olek, przeczytali ostatnio jakąś KSIĄŻKĘ. I to nie poradnik o tym, jak schudłam 100 kilo albo osiągnęłam zen dzięki minimalizmowi. Brakuje mi SZTUKI. Nie pornografii, nie destrukcji, nie nihilizmu, tylko sztuki - mądrej, głębokiej, o czymś. Marzy mi się katharsis - w literaturze, kinie, teatrze, ale przede wszystkim w rozmowach. Jest na świecie jeszcze trochę osób, z którymi można pogadać, ale mam wrażenie, że coraz więcej z nas wstydzi się mieć duszę. Wstydzi się dobra. A bez tego niedługo oszalejemy albo się udusimy.

Piszę trochę banały, ale cała ta refleksja ma też "psychopatyczny kontekst". W obliczu tego ogólnego spłycenia, zbanalizowania życia, pracy, rozrywek, psychopata z początku pociąga nas, bo wieje od niego jakiś BEZKRES. Nie wiemy wtedy jeszcze, że to bezmiar skurwysyństwa, ale atrakcyjny wydaje się przeczuwany przez nas ROZMACH. Warto na to zwrócić uwagę, bo wydaje mi się, że może to dotyczyć wielu z nas. Świat stał się mocno banalny, a ludzie przewidywalni i jednowymiarowi. Tym większa jest w nas tęsknota do przeżycia czegoś NA MAKSA. O tym, że można sobie w ten sposób NA MAKSA zniszczyć życie, dowiadujemy się później. 

Konkuzja? Uwaga na fajerwerki. Ale też uwaga na płastugi w sojowym latte ;) Myślę, że warto zrobić sobie tej zimy post od fejsa, od spotkań "bo wypada", "bo co powiedzą", "bo się obrażą". Zwolnić trochę, zapuścić wąsy i wełniane skarpety, posłuchać Dżemu albo przeciwnie - techno. Dzięki abstynencji od Tego - Co - Wszyscy, poczuć, to, co TY. Czego się chce, kim się jest, kim się już nie jest, kim chciałoby się być. Wiem, że straszny Paolo Coelho mi z tej notki wyszedł, ale miałam potrzebę podzielić się tą refleksją, nazwać to, co właśnie przeżywam. I nawet, jeśli to jest banalne, to może właśnie i dobrze. Oddychanie też jest banalne ;)

poniedziałek, 13 listopada 2017

Wstań ze śpiączki

Przeczytałam ostatnio parę tekstów o tym, czego żałują ludzie, kiedy zbliżają się do końca życia i o tym, że nigdy nie są to godziny spędzone w biurze. Oczywiście, żałujemy tego, że nie biegaliśmy rano po rosie, nie rzuciliśmy tego wszystkiego i nie pojechaliśmy w Bieszczady oraz że nie odważyliśmy się powiedzieć komuś, kogo kochamy, że go właśnie kochamy. 

Wszystko piknie, tyle, że założę się, że każda z nas, psycho-recovers, żałuje raczej tego, że nie spędziła więcej godzin w biurze zamiast dawać się ponosić reżyserowanemu (tego wtedy jeszcze nie wiemy) przez psychola "spontanowi". Psychol na niczym nie żeruje tak, jak właśnie na romantyzmie. Fundowanie nam chodzenia boso po rosie / trawie / rozżażonych węglach / krowich plackach (to w końcowej fazie znajomości) to jego specjalność. Schemat jest prosty - psychol budzi nas o świcie i zabiera w romantyczną podróż na najbliższą łąkę, pokazuje jakieś wschody, jakieś wzwody, tańczy taniec godowy, wyciąga butelkę szampana i dwa kieliszki, upija, całuje, wyznaje. 

A Ty zapamiętujesz ten moment jako Sens Życia i masz go w pamięci, kiedy słyszysz później chamskie odzywki albo znajdujesz inne niż swoje włosy na jego marynarce. Co więcej, jeśli napomkniesz później, że owszem, lubisz chodzić boso, ale z innych powodów niż brak pieniędzy, usłyszysz ponuro-zawiedzione: "myślałem, że jesteś inna". No i starasz się wtedy dowieść mu, że jesteś Inna Niż Te Wszystkie Wstrętne Materialistki. Uczysz się żyć bez potrzeb i bez dóbr, aż w końcu i tak zostajesz porzucona dla blond lali z korpo tudzież kogokowiek innego, kto się akurat nawinął i był mniej wyeksploatowany niż ty. 

Dalszy schemat jest nam znany - załamka, otwarcie oczu, wkurw stulecia, trzeźwienie, apatia, euforia, znów apatia, względna równowaga. A co po takiej historii staje się najbardziej podejrzane? Nasz romantyzm. Wyrzucamy więc z furią wszystkie kwiatki, pszczółki, misie, listy, koniczynki, serduszka, kasujemy z dysku rzewną muzykę i wgrywamy marsze Trzeciej Rzeszy, stajemy się Silne i Pragmatyczne. Na jakiś czas jest to potrzebne, ale niebezpiecznie wchodzi w krew i potem trudno z tego zrezygnować. 

Nie wiem, czy też macie doświadczenie obsługiwania siebie jak maszyny - podnieść, nakarmić, napoić, zawieźć do pracy, przywieźć, położyć, ochronić przed ludźmi. W stanie zombie nie ma innego wyjścia, ale widzę po sobie, że taki model uczy totalnego oderwania od potrzeb, pragnień i marzeń. Po doświadczeniu z psycholem postrzegamy marzenia jako zagrożenie. To w końcu one zawiodły nas aż do piekła. Straciłyśmy kontrolę i teraz boimy się tego samego. 

Doszłam w tym do perfekcji. Już prawie sny swoje kontroluję. Dramat jakiś, mam dość. Tym bardziej, że zawsze byłam na przeciwnym biegunie - królowa chaosu, chujowa pani domu, żadnego problemu z chodzeniem po drzewach, wagarami, śmianiem się do utraty sił, spontanicznymi wypadami za miasto, goszczeniem tłumu szalonych ludzi etc. 

Po psycholu - drugi biegun. Priorytetem stała się praca, bo praca to kasa, a kasa to niezależność - od wszystkich psycholi świata. Próbuję kontrolować jak najwięcej obszarów rzeczywistości, bo ciągle wydaje mi się, że jeśli nie będę tego robić, to COŚ MNIE ZEŻRE. Tak jak już raz zeżarło i wypluło. Tyle, że widzę, że ta chęć kontroli i tłamszenie własnej psychiki też mnie zżera.

Przyczyna takiego stanu rzeczy to też potworne zmęczenie, znane chyba tylko ofiarom psychopatów. Nie ma szansy na spontan, kiedy marzysz tylko o położeniu się do łóżka. Trwa to u mnie już ze dwa lata. Myślałam, że przejdzie, jak się w końcu wyśpię po siedemdziesięckokroć, ale tak się jednak nie stało. Lepiej czuję się, kiedy jednak się przełamię, wyjdę z domu, pójdę na spacer i poodycham świeżym powietrzem. I wiem już jasno, że nigdy nie będę szczęśliwa żyjąc na pół gwizdka, bez wielkich marzeń i wielkich porażek. I choć mam wrażenie, że w tej chwili nie marzę o niczym poza spaniem i świętym spokojem, to gdzieś tam jednak czuję, że to nieprawda. I zaczynam chcieć, żeby mi znowu na czymś / na kimś mocno zależało.

niedziela, 8 października 2017

Huby jemioły wisielce

Kochane Dziewczyny, baaaaaaaardzo dziękuję Wam za wsparcie, ciepło i bezinteresowną życzliwość. To wielka sprawa i kiedy czytałam Wasze komentarze, robiło mi się ciepło na sercu i nabierałam wiary w to, że moja egzystencja nie jest pozbawiona sensu, a dobro mimo wszystko jednak w świecie istnieje :) Odwzajemniam uściskami i serdecznymi myślami!

Co u mnie? Jest chyba trochę lepiej, wkręciłam się w robotę i złapałam trochę adrenaliny, która odsunęła nieco depresję. Nie mam za to kompletnie czasu dla siebie ani siły, żeby o siebie dbać, obiad jem co trzeci dzień, a zmywam raz na miesiąc. Jak tylko mogę, staram się nie spotykać z ludźmi, za mocno oberwałam ostatnio. Nie tylko od psychopaty, ale i od zmanipulowanego przezeń towarzystwa i innych "życzliwych inaczej". Nie mam już siły na zazdrość, podgryzanie, wykorzystywanie i podcinanie skrzydeł. 

Nie wiem, czy macie podobne doświadczenia, ale mnie przeczołganie przez psychopatyczne piekło skutecznie oduczyło ulegania złudzeniom i odżywiania się ochłapami. Mogę powtórzyć za Bridget Jones: "Not a fuckwit, alcoholic, workaholic, pervert or megalomaniac". Wolę być głodna niż jeść ze śmietnika. Krótko mówiąc - czekam na księcia :) 

Zamiast w/w, wokół skrzeczą Żaby z Dawnych Lat. "Mam co prawda żonę, (horom) córkę oraz cierpię na nieleczony seksoholizm, ale MARTWIĘ SIĘ O CIEBIE, spotkajmy się". "Może kawa? Potrzebuję opowiedzieć komuś o tym, jakie mam powodzenie u pokolenie młodszych modelek. Ale i tak jedyną kobietą, którą kiedykolwiek kochałem, byłaś ty". "Czemu nie chcesz się spotkać? Tylko dlatego, że mógłbym być twoim ojcem, jestem strasznie brzydki, "w trakcie rozwodu" od dekady i wypijam dwa wiadra whisky na śniadanie?". 

Mają rozmach, skurwisyny ;) I jeszcze się obrażają. Tyle dobrego ze związku z psycholem potężnego kalibru - odporność na "zwykłych" wykorzystywaczy. 
To samo dotyczy innego typu toksycznych znajomości, łącznie z rodziną. Jeśli dzielisz się radością z awansu / podwyżki / zrobienia prawa jazdy albo po prostu ładnie wyglądasz, a od ludzi bliskich i teoretycznie życzliwych słyszysz, że nie poradzisz sobie na nowym stanowisku, że nie masz drygu do prowadzenia samochodu, wyglądasz nieprzyzwoicie, a w ogóle to przytyłaś i robią ci się halluksy - TNIJ. 

Życie jest za krótkie na otaczanie się pseudożyczliwością, szukaniem pseudomiłości i pseudoszacunku. Kochający partner czy prawdziwy przyjaciel to ktoś, kto widzi w Tobie perłę nawet wtedy, kiedy sama czujesz się jak worek gnoju. Nigdy odwrotnie.

Taka to mię refleksja naszła przy jesieni. Spadają liście, maski i złudzenia. Jak pisał Zbigniew Herbert - "Zrobiło się puściej, ale za to jaśniej".

Jak to się ma do leczenia uzależnienia od psychopaty? (Od)budowa poczucia własnej wartości to absolutna podstawa, żeby nie wpaść ponownie w sidła. Myślę, że wymaga to w wielu przypadkach przebudowy życia także pod kątem innych znajomości i układów rodzinnych. Na ogół model "koła ratunkowego" / "tego, kto sprząta śmieci po imprezie" powiela się w wielu naszych relacjach.

Wyjście z relacji z psycholem i zwiazana z tym walka o siebie może zaowocować zmianą tego modelu działania. Życzę tego i Wam, i sobie. Jest mi bardzo przykro, kiedy widzę swoją niegdysiejszą naiwność i głód miłości zaślepiający na wszystkie sygnały alarmowe. Myślę, że to doświadczenie wspólne dla nas wszystkich. Niezależnie od tego, czy i kiedy spotkamy Prawdziwą Miłość, jedno jest absolutnie konieczne i o jedno trzeba się bić, we wszystkich relacjach. O SZACUNEK. 

Rzekłam. I, żeby dać dobry przykład, obiecuję okazać szacunek samej sobie i swojemu zdrowiu. Jutro zadbam o mieszkanie i wywalę to, co niepotrzebne, a przez cały tydzień będę jeść jak człowiek, a nie zaniedbywać siebie z powodu tempa pracy. Umawiamy się na cotygodniowe postanowienia? Wpisujcie miasta ;) A, coś mam z zegarem na blogu, przestawiony jest. Teraz u mnie południe, nie zdarza mi się pisać notek nad ranem, śpię w miarę normalnie na szczęście. Ściskam i życzę dobrej niedzieli!


sobota, 2 września 2017

"I coraz bardziej lubię niebieskie sukienki"

...i coraz szybciej jeżdżę samochodem
I coraz częściej jest mi wszystko jedno
Ja milczę coraz częściej.

Z ostatniej płyty Lipnickiej. Macie podobnie? Bo ja owszem, Nie było mnie jakiś czas, dziękuję za Wasze posty, zawsze robi mi się ciepło na duszy, kiedy je czytam, myślę, że dobrze się rozumiemy w tym gronie. Co u mnie? Niby dobrze. A tak naprawdę do dupy. Szczerze mówiąc - wegetuję. Żyję z poczucia obowiązku. Chodzę do pracy, jestem odpowiedzialna, płacę rachunki. I na nic nie mam siły. Unikam spotkań, bo każdy bodziec męczy. Czekam na weekendy, żeby ogarnąć zaległe sprawy albo chociaż posprzątać, ale kiedy w końcu przychodzi sobota, nie mam na to kompletnie siły. Od 3 tygodni codziennie boli mnie głowa i kark, zapewne stres etc. 

Bardzo możliwe, że mam depresję, ale nie jestem pewna, czy chcę z niej wychodzić. Jak już się ma depresję, to człowiek się przestaje bać, że coś straci. Jak już masz depresję, to nikt cię w nią nie wpędzi. Z drugiej strony nie cierpię jakoś mocno. Przychodzą momenty potężnego smutku, ale wtedy z kolei znajduję pocieszenie w tym, że jednak coś czuję. Główny problem to zmęczenie. Tak potężne, że aż groteskowe. Moim ostatnim rekordem było zaśnięcie o 23.00 na wieczorze panieńskim, który sama organizowałam :).

Za tydzień wesele, nie wiem, czym mam się naszprycować, żeby przetrwać do rana. Myślę, że w obecnym stanie zasnęłabym i na własnym weselu. 
...na które się zresztą kompletnie nie zanosi. Nie podoba mi się nikt i już nawet nie pamiętam, jak to jest kimś się zainteresować. W brzuchu zamiast motyli mogę mieć najwyżej motylicę wątrobową. Ani ja się nikim nie interesuję, ani nikt nie interesuje się mną. Chyba że w jakimś stylu bawarsko - obleśnym albo po to, żeby się przejrzeć w moich oczach i pobajerować. Zieeeeeeeeeew. 

Także tak, Stan pacjenta chujowy, ale stabilny. I coraz mniej czuję wewnętrzny imperatyw, żeby cokolwiek zmieniać. A coraz częściej myślę sobie, że właściwie to smutek nie jest zły i że walka z nim za wszelką cenę nie zawsze jest słuszna. Może trzeba go przeżyć, doświadczyć, pogadać z nim, zabrać na herbatę albo wspólnie pośpiewać. Mam wrażenie, że to dlatego jesteśmy tak strasznie naładowani agresją, że uciekamy przed smutkiem. Smutek wymaga delikatności, bywa twórczy, agresja - nie. Myślę też, że po głębokim smutku może przyjść głęboka radość - inna niż wywołana powierzchownymi przyjemnościami. Nie wiem, czy przyjdzie, ale usiądę sobie z moim smutkiem pod ramię i spokojnie na nią zaczekam.