wtorek, 17 listopada 2015

Zanim wybaczysz, kup sobie nowy stanik ;)

Wybaczenie to sprawa niezwykle poważna, wręcz strategiczna. Strategiczna zarówno dla dalszego życia ofiar PO wyzwoleniu się z toksycznego związku, jak i dla tych, które walczą, ale wciąż dają się nabrać na lep tych samych kłamstw.

Rozmyślając o wybaczeniu, warto zastanowić się nad kilkoma kwestiami i uporządkować parę spraw.

1. Przede wszystkim - odróżnić wybaczenie od ulegania (auto)manipulacji. Facet Cię zdradza, poniża, okłamuje, bije, a potem przeprasza i prosi o wybaczenie, a Ty "miłosiernie" do niego wracasz? To nie wybaczenie, to współuzależnienie. I krzywdzenie nie tylko siebie, ale i agresora, który za sprawą oferowania mu ciągłego "wybaczania" nie ponosi żadnych konsekwencji swoich działań, co jest dla niego szkodliwe. Może być tak, że tak mocno tkwimy w modelu "ofiara - krzywdziciel", że choć rani nas to i degraduje, to myśl o zerwaniu z tym schematem napawa nas paraliżującym lękiem. Warto odpowiedzieć sobie na pytanie, co za tym lękiem stoi. Może na tkwieniu w roli ofiary budujemy swoje poczucie wartości? Czujemy się lepsze od "tego wstrętnego kata", który się nad nami znęca? Może tak bardzo nie wierzymy w to posiadaną przez nas niezmierzoną wartość, że jesteśmy przekonane, iż w gruncie rzeczy "zasługujemy" na traktowanie nas bez szacunku, a wręcz z agresją? Może nie znamy innych modeli funkcjonowania? Jesteśmy uzależnione od adrenaliny? Od tego faceta? Boimy się, że jeśli postawimy mu granice, on od nas odejdzie, a my tego nie zniesiemy? Kierujemy się chorym poczuciem odpowiedzialności za życie i błędne postępowanie dorosłego człowieka? Wierzymy, że "tylko my" możemy go zmienić i wyprowadzić na prostą? Przyczyn tkwienia po uszy w beczce z trucizną może być mnóstwo, warto się nad nimi zastanowić zanim po raz kolejny "wspaniałomyślnie" wybaczymy krzywdzicielowi.

2. Wybaczenie w żadnym wypadku nie oznacza zgody na ponowne krzywdzenie. Prawdziwe wybaczenie wymaga stanięcia w prawdzie. Jeśli krzywdziciel odmawia uznania swojej odpowiedzialności, zmiany zachowania, jeśli ciągle "wybaczamy", a po chwilowej pozorowanej poprawie, wraca on do tych samych krzywdzących nas zachowań, oznacza to marnowanie naszej dobrej woli, czasu, wysiłku, emocji i nadużywanie naszego zaufania. Taka sytuacja nie może trwać długo, ponieważ jest ona ogromnie wyniszczająca. Jak głosi popularne powiedzenie: "Dawanie drugiej szansy jest piękne, dawanie trzeciej - głupie". Kobiety kochające za bardzo dają tych "drugich szans" na ogół mniej więcej tysiąc pięćset, aż w końcu machają ręką na złe traktowanie, obniżają standardy, żeby się już dłużej nie szarpać i tylko co jakiś czas wyskakują z jakąś chaotyczną awanturą "o wszystko", po której czują się jeszcze gorzej i w efekcie zaczynają przepraszać krzywdziciela. Prowadzi to donikąd i kończy się na ogół załamaniem nerwowym.

3. "Wybaczanie" w związku z psychopatą to plus tysiąc punktów do mogiły. Psychopata niestety się NIE ZMIENIA, za to jest bardzo sprawny w pozorowaniu zmian. Intuicja wprawdzie bije na alarm, ale zanim jej posłuchamy, damy się nabrać jakieś milion razy. A dlaczego? A dlatego, że unikamy prawdy i chcemy znaleźć "racjonalne" uzasadnienie dla trwania w nałogu. Nas to coraz mocniej wyniszcza, bo nie da się długo żyć w pomieszaniu zmysłów i rozdwojeniu jaźni, psychopata natomiast kwitnie, bo im bardziej my dostajemy kręćka, tym bardziej on jest panem sytuacji i tym silniejszą rozpościera nad nami kontrolę.

No dobra, już wiemy, że "wybaczanie" w czasie trwania związku z psychopatą to raczej autodestrukcja i uzależnienie. Ale co z wybaczeniem po zakończeniu związku? Tutaj także czyha na nas parę pułapek.

a) Pułapka A to "wybaczenie" zbyt wczesne. Psychopata porzuca nas dla innej kobiety, a my nadal utrzymujemy z nim "przyjacielski" kontakt. Dlaczego? Bo łudzimy się, że do nas wróci, bo chcemy mu pokazać klasę, bo chcemy zachować z nim jakąkolwiek namiastkę bliskości. Powiem od razu - psychopata ma naszą klasę serdecznie w dupie, ale chętnie z niej skorzysta, żeby jeszcze nas trochę podręczyć. Jeśli z jakichś powodów (erotycznych, emocjonalnych, finansowych, mieszkaniowych, prestiżowych) jesteśmy mu nadal potrzebne, będzie nawijał na uszy makaron kolejnej ofierze, ale nam co jakiś czas rzuci jakiś podwójny komunikat w rodzaju: "ależ ty jesteś piękna..." / "brakuje mi naszych rozmów" tudzież "czasem myślę, co by było gdyby...", a my od razu strzyżemy uszami i kombinujemy: "czyli jednak kocha!". W efekcie manipulator ma dwie kobiety na raz - jedną świeżo-zamotaną i drugą neurotycznie przywiązaną i trzymaną "w odwodzie". Całkiem wygodne i całkiem obrzydliwe. Bywa również, że wprawdzie zrywamy kontakt z psycholem, ale wypieramy wszystko, co miało między nami miejsce i "wybaczamy", chcąc zachować dobry obraz tego związku. Skazujemy się tym samym na tkwienie w iluzji. Ból, którego istnieniu zaprzeczamy, może się przerodzić w depresję czy inną chorobę psychosomatyczną bądź zainfekować nasze relacje z innymi ludźmi na długie lata. Warto zatem pozwolić sobie na jego przeżycie i zidentyfikowanie go z zaistniałą krzywdą. A wybaczyć dopiero potem. 

b) Pułapka B to z kolei wybaczenie zbyt późne. Złość, która jest naturalna, zdrowa, dająca siłę do wyrwania się z chorego związku, po tym, kiedy już nam się to uda, może zamienić się w bardzo niezdrowe przyzwyczajenie. Możemy ją czuć non stop, wobec Boga, świata, siebie i innych ludzi. To trochę tak, jakby po zakończeniu wojny, nadal wozić ze sobą stanowisko ciężkiego karabinu maszynowego. Chodzić z tym CKM-em do teatru, do kina, na spotkania towarzyskie, do kościoła, na basen, spać z nim i z nim także kąpać się w wannie. Owszem, można. Ale PO CO. Warto zatem, po uwolnieniu się od psychopaty, zrozumieniu tego, co miało miejsce, jakie mechanizmy zostały wobec nas zastosowane i jakie spustoszenia poczyniły one w naszym sercu i głowie, powoli zacząć odstawiać CKM do przedpokoju, a z czasem może i do piwnicy. Niech nas chroni, a nie obciąża i niszczy.

Czasem pielęgnowanie złości to paradoksalnie dalsze tkwienie w mentalnym związku z psychopatą, w uzależnieniu od niego. Nie kochamy go już wprawdzie, ale nienawidzimy, jednak w ten sposób wciąż pozwalamy mu jakoś rządzić naszym życiem. Oczywiście, po takiej traumie trzeba się wygadać, naczytać książek i artykułów, nazwać po imieniu zło, które nas spotkało, ale kiedy już to zrobimy, warto pozbyć się ciężaru złości. W przeciwnym wypadku zatruje ona przecież nas, a nie żadnego psychopatę.

Jak zatem pozbyć się złości?
Pierwszy krok to z pewnością uświadomienie sobie jej istnienia. Tego, że myśl o doznanej krzywdzie zajmuje wiele miejsca w naszej głowie, że obciąża nasze serce, że determinuje wiele naszych działań albo z kolei warunkuje niepodejmowanie aktywności.
Drugi krok to DECYZJA o tym, że chcemy się z tą złością pożegnać. To nie jest łatwe, wiem z doświadczenia. Kiedy zrozumiałam, że Złość stała się moim drugim imieniem i kiedy dotarło do mnie, że odbiera mi ona radość życia i zabiera mnóstwo energii, a przede wszystkim stoi pomiędzy mną a Bogiem, zdecydowałam, że czas się jej pozbyć.

Tylko że to nie takie proste. Kiedy tylko próbowałam przebaczyć, natychmiast zalewała mnie fala wściekłości i myśli: "Ta, PRZEBACZYĆ! A konsekwencje tego całego syfu? Długie leczenie depresji, nerwica lękowa, lincz zawodowy, głębokie rany w sercu, stracone złudzenia, nieufność, problemy zdrowotne..." oraz: "Przebaczyć? I co, i te wszystkie krzywdy mają nie mieć żadnego znaczenia? Ten ból ma iść w niepamięć?". Tyle że dotarło do mnie również, że przez brak przebaczenia ja sobie tylko tych krzywd dokładam. I ciągle siedzę w jakimś ciemnym bunkrze zamiast wyjść na łąkę. Długotrwałe pielęgnowanie złości to poza tym pielęgnowanie więzi z psychopatą na poziomie duchowym. A to zatruwa teraźniejszość i przyszłość. Warto pozwolić mu "odejść", wyciągnąć wnioski ze wszystkiego, co się zdarzyło i pożegnać się.

No dobra. Decyzja podjęta, teraz JAK to zrobić? Wpisałam w google "jak przebaczyć". Wyskoczył artykuł z tygodnika Niedziela. Przeczytałam radę - napisz list do krzywdziciela, nazwij całe zło i wybacz mu je. Tja. Spróbowałam. Mój list dałby się streścić w trzech słowach: "Wybaczam ci, CHUJU". Przepraszam za wulgaryzm, ale oddaje on temperaturę moich ówczesnych emocji.

Wizja wybaczenia tylko mnie rozsierdziła, uklękłam taka wściekła przez obrazem Jezusa Miłosiernego i powiedziałam: "NO NIE DAM RADY. Absolutnie nie widzę takiej możliwości. Musisz mi dać jakąś specjalną łaskę, nie ma wyjścia". Poszłam spać, spałam kiepsko, męczyły mnie natrętne myśli i złość. Zależało mi jednak na wybaczeniu, bo zależało mi na powrocie do Boga, bez Boga nie czułam się szczęśliwa ani spokojna. Postanowiłam codziennie odmawiać w intencji otrzymania łaski wybaczenia Koronkę do Miłosierdzia Bożego. Do skutku.

Dziś trzeci dzień, a ja już widzę owoce. Dotarło do mnie parę spraw - po pierwsze, bardzo trudno jest wybaczyć, kiedy koncentruję się na krzywdzie. Zaczęłam próbować koncentrować się na Bogu - modlić się - nieporadnie, tak, jak umiem, czytać o Nim i Jego miłości, prosić o nią. Wydaje mi się, że to jedyna droga do wybaczenia. Zaczęłam mieć na wybaczenie OCHOTĘ - nie tylko dlatego, żeby się w końcu uwolnić od przeszłości, ale też z tego powodu, że odkryłam, że z niego może być pożytek, że ono wcale nie przynosi strat, bo mogę je ofiarować Bogu. A przecież nieczęsto możemy zrobić Bogu prezent. Skoro zatem nie umiem wybaczyć sama z siebie, mogę spróbować to zrobić ze względu na Bożą miłość. On nas kocha nieskończenie i wybacza nam wszystko, uczy, żebyśmy my też postępowali podobnie i stawali się podobni do Niego. A jeśli Bóg czegoś uczy, to raczej ma rację :)

Tutaj uwaga - podkreślam jeszcze raz, wybaczenie nie oznacza żadnego powrotu do dawnej relacji z krzywdzicielem ani żadnego jego "zwycięstwa". To tak naprawdę nasze zwycięstwo - mimo doznanej krzywdy, pokazujemy złu gest Kozakiewicza i wybieramy dobro. Nie naiwność i krzywdę bądź tkwienie w agresji, ale miłość i siłę. 



Ważna uwaga techniczna - myślę, że w procesie wybaczenia może bardzo pomóc nazwanie doznanych krzywd i uporanie się z konsekwencjami zła, jakie nas spotkało. Oczywiście, że to nie Polska powinna była odbudowywać Warszawę pod drugiej wojnie światowej. Niemcy powinni to przynajmniej sfinansować. Czasem jednak nie ma wyjścia. Syf po psychopacie też niestety posprząta zapewne kto inny niż on. Zamiast jednak czekać na jego cudowne przebudzenie i wynagrodzenie krzywd, co zapewne nie nastąpi, warto w którymś momencie wziąć miotłę i wymieść odłamki zbitych luster naszych iluzji i marzeń oraz stosy chusteczek z wsiąkniętymi w nie łzami.

Trudno, stało się, skrzywdzono nas, ale przed nami jeszcze kawał życia, które może być piękne i dobre. Trudniej wybaczyć, kiedy tkwimy w ruinach dawnego życia, kulimy się i spodziewamy ciosu z każdej strony. Ruiny warto opuścić (choć to czasem niełatwe), poszukać bezpiecznego miejsca, powolutku zbudować tam schronienie i nową, lepszą wersję siebie.

Z tej pozycji wybaczenie będzie łatwiejsze - po prostu dlatego, że w Twoim nowym życiu nie ma miejsca dla stałego karmienia się złością. Karmisz się czym innym - dobrem, prawdą, pięknem, mądrością. W wybaczeniu pomaga odbudowanie poczucia własnej wartości i wiary w to, że nasze życie, mimo doznanej traumy, wciąż może być wspaniałe. Do tego odnosi się właśnie żartobliwy tytuł posta - rada jak najbardziej serio, choć oczywiście nowy stanik to tylko symbol "nowej, piękniejszej skóry" ;) Powodzenia!


poniedziałek, 9 listopada 2015

"Normalne" zerwanie kontra ucieczka z bagna

Uwaga, będzie zdanie na miarę Nobla. Każde rozstanie boli. Dziękuję, dziękuję, wiem, że dokonałam epokowego odkrycia. Chciałam jednak napisać o czymś bardzo ważnym, co może pomóc ofiarom przemocy poczuć się choć odrobinę normalniej. A mianowicie o tym, że zerwanie z psychopatą nie ma nic wspólnego ze zwykłym rozstaniem. To nie jest kilka/naście/dziesiąt przepłakanych wieczorów przy winie i "naszych" piosenkach. To jest stan, kiedy po przejechaniu przez tira chcesz uciec z ulicy, ale orientujesz się, że nie potrafisz tego zrobić, bo Twoja noga leży kilka metrów od Ciebie i nawet nie masz siły, żeby się do niej doczołgać. Stan totalnej bezradności, przerażenia, apatii, beznadziei, rozpaczy i poczucia zagrożenia. Jeśli usłyszysz w takim momencie "wyluzuj, pozbieraj się, przestań o nim myśleć po prostu, przecież to drań", do powyższej listy będziesz mogła dopisać jeszcze poczucie totalnego osamotnienia i oderwania od rzeczywistości.

Prześledźmy zatem, dlaczego tak się dzieje.

1. Pierwszy, moim zdaniem najważniejszy powód fatalnego stanu wiąże się z utratą poczucia tożsamości. W normalnym związku ludzie się jakoś od siebie różnią, uzupełniają, konflikty narastają stopniowo i są na bieżąco rozładowane, ludzie na siebie wzajemnie wpływają, związek posiada jakąś dynamikę, są w nim chwile dobre i złe i takie też pozostają po nim wspomnienia.

W związku z psychopatą jest inaczej. Tu nie ma interakcji dwóch osobowości. Jest najpierw posunięta do granic absurdu idealizacja, następnie coraz silniejsze uzależnianie od siebie i wszechogarniająca kontrola, po czym następuje znudzenie "obiektem" (bo niestety, w tego rodzaju układach, nie ma mowy o "człowieku", dla psychopaty jesteś jedynie przedmiotem służącym do wykorzystania go w konkretnych celach) i brutalne wyrzucenie go do śmietnika. Może to nastąpić z dnia na dzień, kiedy psychopata znajdzie nową ofiarę z jeszcze nie wyczerpanymi "bateriami", częściej jednak będzie dręczył na raz tak wiele "źródeł energii", jak wiele zdoła omamić. O ile w normalnym związku na "twardych dyskach" obu partnerów zapisywane są rozmaite wspólne przeżycia, różne emocje, a proces ten polega na operacji "dodaj" lub "wklej", ewentualnie "zamień" (jeśli pod swoim nawzajem wpływem ucierają się rozmaite stanowiska), o tyle związek z psychopatą przypomina raczej jego "podpięcie się" do Twojego twardego dysku w celu wykonania operacji "wytnij". Na początku jeszcze tego nie wiesz, wydaje Ci się, że Twój partner słucha Cię godzinami dlatego, że Cię kocha oraz dlatego, że mówisz interesująco i ogólnie jesteś wspaniała. Niestety. Z dwojga złego lepszy jest facet, który powie, że "te babskie rozkminy to nie dla niego" i odpali mecz. Wkurzające, ale bardziej szczere. Psychopata zrobi to samo, ale dopiero wtedy, kiedy totalnie Cię uzależni od swojej obecności, atencji i adoracji. A słucha Cię niestety nie jak kochający człowiek, który pragnie Ci pomóc w Twoich zmartwieniach, ale jak ubek, którego interesuje poznanie Twoich słabych punktów po to, żeby móc Tobą manipulować.

2. Tu dochodzimy do punktu drugiego, czyli traumy związanej z tym, że oto najlepszy przyjaciel okazał się najgorszym wrogiem, a co więcej - był nim także wówczas, kiedy zapewniał o największej na świecie miłości, kiedy powierzałaś mu swoje sekrety, zwierzałaś się ze swoich lęków i słabości, kiedy dzieliłaś z nim codzienność. Normalny związek też rzecz jasna czasem rozczarowuje, okazuje się nie spełniać naszych oczekiwań, a związana z nim bliskość nie raz przynosi ból. Wszystko to jednak następuje w sposób NIEZAMIERZONY, w wyniku niedojrzałości, słabości, strachu, lenistwa, ale nigdy - złej woli. Normalny facet, nawet jeśli decyduje się na rozstanie, ma poczucie porażki, przeżywa przykrość i stara Ci się oszczędzić nadmiernego bólu - na tyle, na ile tylko jest to możliwe. Psychopata natomiast nie czuje do Ciebie niczego poza ewentualną fascynacją / chęcią ZDOBYCIA Cię. Jesteś mu totalnie obojętna jako człowiek, jego interesuje jedynie to, czego mu dostarczysz. A że tego rodzaju kreatura karmi się ekstremalnymi emocjami, nie omieszka wykorzystać okazji, aby je w Tobie wzbudzić. Nie odejdzie od Ciebie zatem honorowo. Uwodząc nową ofiarę, będzie Cię zwodził do ostatniej chwili, na przemian (bądź jednocześnie) zapewniając o gorącym uczuciu i darząc lodowatym chłodem. A Ty, skazana na domysły i przeczucia, będziesz się rozpaczliwie miotać, nie spać, nie jeść, wariować. Kolejna ofiara podobnie - nie uzyska jasnego, uczciwego komunikatu: "nie możemy być razem, bo z kimś jestem" bądź: "jestem w trakcie kończenia mojego poprzedniego związku, więc zawieśmy proszę kontakt na kilka miesięcy, z szacunku do wszystkich chcę najpierw uporządkować swoje sprawy". Nie. Nowa ofiara usłyszy o tym, że psychopata jest wolny bądź że z dawną partnerką od dawna nic go nie łączy, ale musi jeszcze załatwić z nią kilka spraw formalnych. Po czym dowie się, że nadal ze sobą sypiają.

3. Z psychopatą nie sposób rozstać się honorowo. Tu nie ma miejsca na pozostawienie dobrych wspomnień, na otoczenie wspólnej przeszłości szacunkiem, zachowanie przyjacielskiej bądź koleżeńskiej życzliwości. Rozstanie jest walką na śmierć i życie, w której jeden fałszywy ruch bądź jedna chwila słabości może kosztować niebywale drogo. Stąd też tak trudno się rozstać - przestać wierzyć, że prośby o "konstruktywną rozmowę" / "ostatnią szansę" tudzież deklaracje o nawróceniu bądź proszenie o radę na gruncie zawodowym to coś więcej niż tylko kolejne odsłony manipulacji. Normalni ludzie rozstając się z kimś, kto kiedyś był im bliski, starają się życzyć tej osobie dobrze i zachować do niej szacunek. Tutaj niestety nie może być o tym mowy. Wie to każda ofiara psychopaty, która zapragnęła odejść od niego zanim jeszcze skończył jej się przewidziany przez psychopatę termin przydatności do spożycia / użycia. W normalnych relacjach, kiedy jedna ze stron pragnie zakończyć związek, druga - choćby bardzo cierpiała - godzi się z tym, wiedząc, że nie da się kogoś zmusić do miłości. Może czekać na czyjś powrót, może starać się podjąć rozmowę, dwie, trzy, koniec. Szacunek dla drugiego człowieka wymaga uszanowania jego wolności. Psychopaty to nie dotyczy. Kiedy zdecydujesz się zerwać z nim "przed czasem", będzie Cię bombardował telefonami, smsami, mailami, wizytami domowymi i szantażami. Kilka razy się nabierzesz, kilka razy ulegniesz, bo psychol umiejętnie zagra na Twoich emocjach, a z czasem wpadniesz w totalną nerwicę i będziesz się bała wychodzić z domu nawet po wodę i bułki. Na dodatek od części znajomych usłyszysz: "on Cię musi strasznie kochać, skoro tak o Ciebie walczy!", a od innych: "Co Ty mu takiego zrobiłaś, że facet tak odleciał na Twoim punkcie?". Nie słuchaj tego. Nic mu nie zrobiłaś i nie odleciał. Wkur...ił się tylko ekstremalnie, bo ośmieliłaś się postawić na swoim i odejść z własnej woli. A przecież nie po to tę wolę łamał wszystkimi dostępnymi środkami, żeby się przekonać, że Ty nadal jesteś jeszcze w stanie z niej skorzystać i pokazać mu gest Kozakiewicza.

Podsumowując:  To nie jest zwykłe zerwanie. Często występuje po nim regularna depresja, nerwica lękowa bądź Zespół Stresu Pourazowego. Ważne, aby to zrozumieć i podejść do sprawy odpowiednio poważnie, w miarę możliwości korzystając z opieki psychiatrycznej i psychologicznej. Niezwykle istotne jest także danie sobie mnóstwa czasu na stopniowe, łagodne dochodzenie do siebie. Tu nie ma mowy o żadnym sztucznym przyspieszaniu tego procesu, w ten sposób można tylko "uwięzić" traumę, która nieprzeżyta i nierozładowana, może przerodzić się w przewlekłą depresję bądź chorobę somatyczną. Uspokajam - sprany mózg po pewnym czasie wraca do formy, a sformatowany twardy dysk przestaje odtwarzać zgraną płytę z horrorem i zaczyna absorbować nowe, piękniejsze treści. Wymaga to jednak bezwzględnego przestrzegania zasady "zero kontaktu", sporej pracy nad sobą, cierpliwości i otaczania się dobrymi i mądrymi ludźmi. Oraz dużo snu :) (serio :)).