środa, 21 czerwca 2017

Korposzczury i wadery

Tak nie piszę, nie piszę i nie piszę, a Wy pewnie myślicie, że jestem szczęśliwa, spełniona, mam męża i siedmioro dzieci. Nic z tego :) Choć z psycholem nie łączy mnie kompletnie nic, nie widziałam go od dwóch lat, nie tęsknię broń Boże, nie wspominam w kontekście innym niż ton kroniki kryminalnej, to jednak z pewnością nie jestem tą samą osobą, którą byłam PRZED.

I chyba już nie będę. Najbardziej doskwiera mi nieumiejętność wyłączenia czujności - niby chroni przed popadnięciem w niektóre nieszczęścia, ale zarazem odbiera beztroskę i potwornie męczy. Nie potrafię też ulegać złudzeniom. To niby kolejna pozytywna cecha, ale nie wiem, czy nie wyklucza ona czasem zakochania :) Czuję się jak skaner albo tomograf, po wstępnej analizie "obiektu", z maszyny wyskakuje wydruk z napisem: "wynik: negatywny". Zamiast marzeń, złudzeń i śmiałych porywów, są zadania, plany i siła woli. A na dodatek nikt mi się nie podoba. Albo nie ma chemii fizycznej, albo jest nuda, przewidywalność i brak wspólnej fali, albo ze skanera wyskakuje wydruk dymaniki (literówka, ale zostawiam :) ) relacji: "zauroczenie -> rollercoaster -> odejście z godnością / paniczna ucieczka i kolejne siwe włosy". Jeśli na wstępie widzę, że nic z tego nie będzie, nie umiem "ulec chwili". Nie mam na to już po prostu rezerw emocjonalnych. Kolejnego zderzenia Titanica z górą lodową już bym na pewno nie przeżyła.

Kolejnym polem braku romantyzmu jest w moim życiu praca. Z klimatu "idealizm za marną kasę" wpadłam w korpobiurwizm i etat. Niby fajnie, bo STABILIZACJA, a zarazem męczę się jak potępieniec, bo klimaty w rodzaju deadline'y, karty projektów, innowacje, akceleracje i wdrażanie dedykowanych zarządzeń menedżmentu to jakiś absurd i horror. Może i dobrze móc się trochę odczłowieczyć po okresie nadmiernego "uczłowieczenia" aż po końcówki nerwów i naczyń włosowatych, ale bez przesady.

Tak więc prowadzę fascynujące życie zarówno gruncie uczuciowym, jak i zawodowym :) Ratują mnie krótkie "przystanki" przyrodnicze w rodzaju jezior, gór i mórz, ale generalnie to nie jest życie, jakie chciałam zawsze prowadzić. Problem w tym, że nie wiem, czy już mam siłę na inne.

Tak więc żyję trochę w zawieszeniu - pomiędzy sukcesem ucieczki z toksycznej relacji a pustką nowego życia bez tychże. Jak coś mądrego wymyślę, to Wam o tym napiszę :) A póki co - radosnego lata!

piątek, 17 lutego 2017

Walka duchowa

Pierwsza notka w tym roku i chyba jedna z ostatnich na blogu. Myślę o przeniesieniu się "do cywila", czyli o kontynuowaniu pisania "o życiu i jego przejawach", ale już nie w kontekście relacji z psychopatami. Wydaje mi się, że na ten temat napisałam już wszystko, co mogłam i czas zakończyć proces terapii. 

Myślę, że taka decyzja jest w pewnym momencie konieczna. Bez niej można wpaść w pułapkę uzależnienia od przeżywania bólu, straty, żałoby, złości etc. A to przecież także jakaś z form pozostawania w toksycznej relacji - może nie tyle z psycholem, co z naszymi uczuciami przez niego wywołanymi. 

U każdego proces wychodzenia z bagna ma indywidualną dynamikę i nie da się chyba określić tutaj "norm". Orientacyjnie powiedziałabym, że jeśli po dwóch latach od CAŁKOWITEGO zaprzestania JAKIEJKOLWIEK relacji z psychopatą, nadal mocno ją przeżywamy, to znaczy, że coś chyba robimy nie tak i - świadomie bądź nie - podsycamy ją. Albo utknęłyśmy w depresji, której nie pokonamy bez fachowego leczenia.

Ostatni wątek, jaki chciałabym poruszyć, dotyczy spraw duchowych. Blog jest dla wszystkich ofiar psychopatów, niezależnie od ich poglądów, wiary bądź jej braku, toteż nie pisałam zbyt wiele o swoich doświadczeniach duchowych w kontekście psychola, ograniczając się do opisywania sfery psychologicznej. Wiele z nas doświadczyło jednak w kontekście psychopatycznej relacji walki duchowej bądź zjawisk wykraczających poza sferę racjonalną, toteż myślę, że warto zatrzymać się także na tej sferze rzeczywistości. 

Jedna z Was napisała do mnie jakiś czas temu maila. Wklejam go w całości, oczywiście z upoważnienia Czytelniczki:

Dzień dobry,
Od jakiegoś czasu zaglądam na Pani blog "Szczury i wadery", za który dziękuję, bo też mi pomógł. Postanowiłam napisać, by może zechciała Pani poruszyć w swoich wpisach jedną kwestię - możliwych duchowych/demonicznych przyczyn zachowań psychopatów. Może Pani opublikować moją notkę, którą zamieszczam poniżej, choć wiem, że nie publikuje Pani raczej historii czytelniczek, tylko pisze autorskie teksty, więc proszę przynajmniej ją przeczytać i kiedyś może napisać coś na ten temat.
pozdrawiam serdecznie
Joanna


***

Po moim rozstaniu się z tym bardzo trudnym człowiekiem, przeczytałam sporą część blogów, for i artykułów na ten temat. Tylko w jednym miejscu natknęłam się na poruszenie tego tematu z uwzględnieniem sfery duchowej. Wszyscy raczej skupiają się wyłącznie na poziomie psychologicznym tego "zjawiska".

Swojego p. (40+) poznałam na jednym z portali internetowych, ale uwaga: nie tych zwykłych, tylko... "religijnym". Dziś z perspektywy kilku lat mogę powiedzieć, że chyba nic, co wtedy napisał w swoim profilu o swoich cechach czy rzekomo wyznawanych wartościach, nie znalazło potwierdzenia w
rzeczywistości. A wręcz było na odwrót. 

Okazało się, że każdej poprzedniej wmawiał jakieś nieprawdy. Mnie na początku też okłamał w kilku ważnych sprawach, niepotrzebnie i nawet nie pytany, np. powiedział mi, że jest abstynentem (tylko dlatego, bo wiedział, że jest to dla mnie ważne, choć sama go o to nie pytałam), a niedługo potem okazało się, że nie tylko pije, ale najprawdopodobniej ma już z tym spory problem. O innych kłamstwach nie wspomnę, było ich tyle, że spokojnie można uznać to już za chorobliwą patologię. Nie chcę się też rozpisywać ani o tym jakim stałam się w czasie tego związku zalęknionym i znerwicowanym strzępkiem człowieka, ani o poniżających odzywkach, wmawianiu mi, że jestem zerem, manipulacjach, pogardzie, czasem zimnym bezwzględnym zachowaniu wobec czyjegoś cierpienia, nienawiści, uważaniu wszystkich za popieprzonych, cynicznym obgadywaniu nawet własnych przyjaciół, dniach i tygodniach karzącego milczenia, obrażania się i wybuchania agresją gdy tylko miałam inne zdanie na jakiś temat, ciągłej zmiany planów nawet w ważnych kwestiach, wmawianiu mi choroby psychicznej itd. Szkoda czasu na opisywanie tego powtarzalnego prawie w każdej tego typu historii schematu. Cały czas jest mi wstyd, że się z kimś takim związałam i przeżyłam kilka lat...

No, ale właśnie... na początku wydawał się taki idealny, dobry, pomocny, miły, mówił o sobie w samych superlatywach, i jaki to jest wierzący i praktykujący. Dałam się złapać na haczyk, po pierwsze dlatego, że byłam niedługo po ciężkich przeżyciach, a po drugie - miałam głupią nadzieję, że w serwisie chrześcijańskim jest większy odsiew i nie trafi się na jakieś złe jednostki, dlatego długo wierzyłam, w to co mi wmawiał, że to we mnie jest problem, nie w nim. 

Wydawało mi się, że jeśli ktoś uważa się za człowieka wierzącego, ma w sobie podwójny powód do traktowania innych dobrze, bo nie tylko obowiązują go normy i nakazy społeczne i etyczne, ale też religijne (jak np. miłość bliźniego). Rzeczywistość okazała się jednak inna. Do tego stopnia, że dziś myślę, że "mój" p. miał nie tylko problem na poziomie psychicznym, ale i duchowym, choć regularnie chodził do kościoła, brał udział w różnych religijnych praktykach i wydarzeniach, udawał wokół niezwykle wierzącego, tylko jakoś wcielanie w życie tych wartości mu nie wychodziło...


"W sferze duchowej jesteśmy nieustannie w stanie wojny między dwoma światami - światem światłości i ciemności."

W jednym z wykładów egzorcysta ks. Piotr Glas opowiadał o tym jak dziś d. niszczy człowieka, jaka jest jego strategia - udaje anioła światłości, czyli dobrego, działa poprzez kłamstwo (sama Biblia nazywa diabła "ojcem kłamstwa" i oskarżycielem), wzbudzanie strachu, odizolowanie od innych ludzi, odrzucenie, wmawianie, że człowiek się do niczego nie nadaje. Czy czegoś to nie przypomina? No właśnie... Niemal identycznie psychofag traktuje swoją ofiarę.

Na pewno każdy z nich ma problem natury psychicznej, ale myślę (wnioskując też na podstawie objawów, które miał mój p., zresztą sam mówił, że coś go czasem nawiedza), że u części z nich przyczyna takich zachowań jest także natury duchowej. (polecam na youtube konferencję "Duchowe zerwanie z przeszłością").

Żeby lepiej zrozumieć działanie złego, może warto sięgnąć do samego początku - upadku rajskiego Adamy i Ewy. Diabeł nie mógł znieść szczęścia ludzi. Udając przyjaciela, poprzez kłamstwo zwiódł Ewę i namówił do zerwania owocu z drzewa poznania dobra i zła. A wszystko to diabeł robi po to, by zniszczyć człowieka i zabrać mu szczęście, do jakiego został stworzony. I tak działa od wieków. Jak napisał św. Piotr: "Bądźcie trzeźwi! Czuwajcie! Przeciwnik wasz, diabeł, jak lew ryczący krąży szukając kogo pożreć."

Poniżej dwa krótkie filmiki, o niezdrowych więzach duszy i opętaniu miłosnym:
https://www.youtube.com/watch?v=xCBYzT9aC7g
https://www.youtube.com/watch?v=HI1YaCOFTHw

Nie twierdzę, że każdy psychopata jest opętany. Nie. Ale możliwe, że jakaś część z nich jest zniewolona. Zły ma wpływ na człowieka poprzez trzy stopnie: pierwszym jest pokusa (której nieraz doświadcza każdy człowiek), drugim - zniewolenie ("Nie jest to jeszcze opętanie, ale oddziaływanie z zewnątrz i pewnego rodzaju skrępowanie, ograniczenie władz człowieka, wprowadzenie tam anomalii i wielkiego cierpienia oraz osłabienie różnych dobrych cech. Objawy są tu tak podobne do nerwic i psychoz, że nie łatwo rozpoznać ich rzeczywistą przyczynę. Dalej stany agresji, nienawiści, buntów bez wyraźnej przyczyny. Takie oddziaływanie szatana na psychikę i system nerwowy obserwujemy dziś w wielkim nasileniu."), a dopiero trzecim, najcięższym - opętanie (zamieszkanie złego w ciele człowieka).
http://egzorcyzmy.katolik.pl/rzeczywistosc-ducha-zego/3/

Może niepotrzebnie się rozpisałam, ale brakowało mi wszędzie bardziej całościowego spojrzenia na możliwe przyczyny zachowań osób o rysie psychopatycznym. Zatrzymywanie się jedynie na poziomie psychologicznym może spowodować, że jeśli trafimy nie na "zwykłego" a na zniewolonego psychofaga, wówczas samo odcięcie się od niego i ewentualna psychoterapia nie pomogą tak dobrze jak trzeba, po prostu nie wystarczą.

Realności walki duchowej doświadczyłam w trakcie związku z psycholem bardzo mocno, jednak nie określiłabym go jako osoby opętanej. Opętani cierpią z powodu swojego stanu, psychopaci niestety nie. Opętani nie są często w stanie przekroczyć progu kościoła, parzy ich woda święcona i symbole religijne, psychopata potrafi cały obwiesić się różańcami i leżeć krzyżem przed świętymi obrazami udając ekstazy religijne. 

Opętanie to ingerencja złej istoty duchowej w zdrowe ciało, zmysły i uczucia, psychol natomiast wydaje się nie mieć tej zdrowej osobowości, z której należałoby wypędzić zło. On jest jakby złem wcielonym, które nie chce przestać być złe. Przykro mi to pisać, osąd zostawiam Panu Bogu, być może się mylę. Nie chodzi jednak o to, żeby kogoś potępić, ale o to, żeby się przed nim STRZEC. I nie łudzić się, że cokolwiek go zmieni. Nie zmieni, a nas zniszczy. Z równym powodzeniem możemy próbować nawracać diabła.

Sporo z nas doświadczyło w trakcie związku z psychopatami rozmaitych zjawisk paranormalnych, dziwnych stanów, uczuć, snów etc. Czasem, paradoksalnie, doświadczenie silnej obecności zła, może nas w konsekwencji doprowadzić do dobra - do Boga, wiary, pokory, prawdy, docenienia prawdziwej przyjaźni i miłości, odkrycia własnej, niepowtarzalnej ścieżli rozwoju duchowego. Zapraszam Was do wymiany doświadczeń związanych z tą sferą życia, jestem przekonana, że będzie ich sporo. Mnie osobiście całe to bagno nauczyło poważnego traktowania biblijnej zasady:

              "Unikajcie wszystkiego, co ma choćby pozór zła".




piątek, 30 grudnia 2016

Dentysta, cierpienie i wolność

Dziś będzie o lęku przed cierpieniem i dentyście. Taki noworoczny temat notki :) Jaki jest mechanizm powstawania uzależnienia? Fundament to ucieczka. Przed bólem, nudą, monotonią, strachem i innymi formami braku akceptacji rzeczywistości. Do tego dochodzi poszukiwanie przyjemności, czyli chwilowy haj, jaki dają sex, drugs and rockandroll. Potem oczywiście trzeba zwiększać dawki narkotyku w celu osiągnięcia tego samego efektu, narkotyk pochłania coraz więcej sfer codziennego funkcjonowania, w związku z czym rzeczywistość staje się jeszcze trudniejsza do zaakceptowania. Koło się zamyka. Kolejny etap to osiągnięcie dna i decyzja, czy się od niego odbić, czy brnąć dalej aż do stanu "dno i dwa metry mułu".

Relacja z psychopatą rządzi się tymi samymi prawami. Nie akceptujemy rzeczywistości i uciekamy przed nią w haj - marzeń, złudzeń i / lub wielkich emocji. Z czasem docierają do nas niepokojące sygnały - kontrola, agresja, zazdrość, brak szacunku - ale ignorujemy je w obawie przed koniecznością powrotu do przedzwiązkowej "szarości". Tyle że fundujemy sobie w ten sposób już nie szarość, ale czerń. A z niej wychodzi się bardzo długo.

Dlatego uważam, że nieodzownym elementem wychodzenia z toksycznej relacji jest zmiana motywacji negatywnej ("jak ja mogłam dać się tak oszukać, ale jestem beznadziejna!" / "Widać przyciągam takich typów i sama sobie na to zasłużyłam") na motywację pozytywną - "O, złodziej emocji, włączamy system alarmowy i wzywamy ochronę, to jest mój dom i moja twierdza, tu musi być bezpiecznie". W skrócie chodzi o to, żeby oderwać nareszcie uwagę od tego, co to będzie jak będę w związku albo jak to było, kiedy w nim byłam tudzież co zrobić, żeby naprawić to, co jest i jak zrobić z szamba perfumerię. To naprawdę strata energii, a co gorsza - te "zabiegi" doprowadzają również do utraty rozumu, a nawet tożsamości.

Im szybciej zaakceptujemy fakt, że nawet, kiedy będziemy w związku, nie zaspokoi on naszych deficytów, nie uwolni przed cierpieniem i nie ochroni przed całym światem, tym szybciej zyskamy WOLNOŚĆ. Kiedy porzucimy dziecięce marzenia o raju utraconym, do którego zabierze nas kiedyś książę na białym koniu, aby żyć tam miło, bezpiecznie i bez bólu, wyjdziemy ze Strefy Wysokiego Ryzyka Zostania Ofiarą Psychopaty. Dlaczego? Bo obok emocji, włączymy rozum. A to on jest naszym kompasem prowadzącym w kierunku rozwoju. Emocje potrafią przypominać melodię graną przez zaklinacza węży albo dyskotekowy trans.

Co to oznacza w praktyce? W skrócie - wzięcie życia na klatę. Ale nie w znaczeniu cierpiętniczego "ciągnięcia tego wózka", tylko zadbania o stworzenie komfortu życia. Jeśli życie będzie sprawiać nam radość, nie będziemy mieć ochoty go niszczyć. Jeśli zaś jest nam wszystko jedno, "bo i tak jest beznadziejnie", prędzej czy później zapewne się od czegoś / kogoś uzależnimy. Albo popadniemy w depresję.

Tę prawidłowość można obserwować na przykładzie budynków użyteczności publicznej. Na rozwalającej się ruderze kolejny napis "CHWDP" już nikogo nie dziwi ani nawet nie rzuca się specjalnie w oczy. Inaczej rzecz ma się z nowym, wypasionym i eleganckim budynkiem. Bądźmy takim budynkiem :) Dążmy do tego, żeby nasze życie było eleganckie, pełne szacunku, życzliwości, poczucia godności, ciekawe, ładne i niebanalne. Wtedy napis "CHWDP" po prostu nie będzie do niego pasował.

Kluczowe jest tutaj poczucie własnej wartości. Jeśli podświadomie uważamy, że jesteśmy do niczego, łatwiej będzie nam akceptować czyjeś złe traktowanie i gdzieś tam sądzić, że na to właśnie zasługujemy. Deficyty poczucia własnej wartości ma większość ludzi. Na ogół walczymy z nimi rozmaitymi afirmacjami w stylu: "jestem godna szacunku / piękna / mądra / wartościowa/ jestem zwycięzcą". Bywa, że pomaga. Na mnie szczerze mówiąc, nigdy to nie działało. Tylko się tym męczyłam, nudziłam i frustrowałam. Jedyne, co moja podświadomość kupuje, to CZYNY. I to bardzo proste. Chodzi zwyczajnie o dbanie o siebie na każdym poziomie - zdrowe jedzenie, spanie, odpoczynek, ładny wygląd, miły wystrój mieszkania, satysfakcjonująca praca, przyjaciele, z którymi miło spędza się czas, hobby, podróże, rozwój, bycie sobą.

Recepta jest prosta - robimy to, co jest dla nas dobre, a nie to, co jest wygodne, przyjemne albo przynoszące chwilową ulgę / ucieczkę od rzeczywistości. Kiedy się tego nauczymy, automatycznie nie będzie w naszym życiu miejsca na destrukcyjne znajomości. Robienie tego, co dobre oznacza czasem zgodę na chwilowy ból - po to, żeby uniknąć większego bólu i destrukcji. To jak z zębem - jeśli przy niewielkiej dziurze uciekniemy przed dentystą, po jakimś czasie grozi nam zapalenie okostnej i / lub GANGRENAAAAA.

Chwilowy ból to np. decyzja narażenia się na dyskomfort zmian - zerwanie złego związku, toksycznej "przyjaźni", przeprowadzka, remont, zmiana pracy, trybu życia, złych nawyków etc. Najtrudniejszy krok to oczywiście ryzyko związane ze zmianą toru myślenia. Jeśli decydujemy się złapać lejce swojego życia, wtedy musimy zrezygnować z myślenia życzeniowego, karmienia się iluzjami i obwiniania innych za swój kiepski stan. Trudne, ale opłacalne. Kiedy odważymy się na ten krok, przestaje rządzić nami Wielka Niewiadoma. Przestajemy czuć się marionetką w dzikim i wrogim kosmosie, a zaczynamy czuć się jedną ze ślicznych, świecących gwiazdek :) Taką, która zna swoją wartość i dobrze czuje się w zajmowanym przez siebie miejscu.

Nie zrobimy tego jednak bez umiejętności mówienia "nie". Głównie samej sobie. Uczmy się od Wereszczakówny ;)




Jeśli do naszych drzwi zapuka ciemne tornado z tysiącem wirujących gwoździ, nie mówmy: "ojej, co to, może wpuszczę do środka i zobaczę", tylko grzecznie pożegnajmy gościa za progiem i zamknijmy drzwi. A za zamkniętymi drzwiami nie ma rozlegać się szloch z tęsknoty za nie-wiadomo-czym, tylko miła muzyka i śmiechy przyjaciół. Dlatego koniec z bezpłodnym cierpiętnictwem, jeśli cierpieć, to płodnie :) Warto nauczyć się odróżniać cierpienie sensowne i konieczne (wstawanie rano, chociaż się nie chce i chodzenie do pracy / wysiłek na siłowni w celu poprawienia zdrowia, samopoczucia i figury / wysiłek związany ze zdobyciem nowych kwalifikacji zawodowych) od cierpienia bezsensownego, jakim jest choćby karmienie wampirów emocjonalnych albo trwonienie czasu na próby rozwiązywania nierozwiązywalnych zagadek w stylu: "co z tym człowiekiem jest nie tak?".

Jeśli ktoś nas krzywdzi, to naprawdę nie powinno nas interesować jego dzieciństwo, życie prenatalne bądź trudna, więzienna młodość. Krzywdzi, to znaczy robi źle i trzeba się przed nim chronić - zerwaniem kontaktu bądź dystansem. Niezależnie od tego, jak bliski jest / był to człowiek.


Zamiast babrać się w cierpieniu niemającym sensu, warto podejmować prawdziwe wyzwania. Ich poszukiwanie jest wpisane w naturę człowieka. Jesteśmy stworzeni do wielkich marzeń i walki o ich realizację. Znajomy podzielił się kiedyś ze mną ciekawą myślą o swojej koleżance: "Wyszła za mąż za człowieka, którego nie kochała i jest bardzo nieszczęśliwa. A zrobiła to dlatego, że bała się cierpieć". Paradoksalnie, chęć życia zbyt wygodnego i pozbawionego ryzyka ma takie same efekty, jak życie zbyt ryzykowne i pełne cierpienia - jedno i drugie odrywa nas od naszego prawdziwego "ja" i od prawdziwego rozwoju. Rozwój jest jedynie w REALU, a nie w utopii.

I tego Wam noworocznie życzę - realnych postanowień, marzeń i ich realizacji, osiągnięcia zadowolenia ze swojego codziennego życia zamiast składania ofiar na rzecz mglistej i niepewnej przyszłości. Szacunku do siebie samych, poczucia godności, odkrycia i realizacji swoich prawdziwych pasji, pokonania ograniczeń (czynem, nie tylko wyobraźnią ;), coraz większej satysfakcji z życia, zdrowia, życzliwości i radości z "małych" (a tak naprawdę wielkich) spraw :) Szczęśliwego Nowego Roku!










niedziela, 20 listopada 2016

Szklana kula na zamówienie

Na zamówienie, bo taki temat notki zasugerowała jedna z Was. "Jakim cudem obecna partnerka nie widzi jego manipulacji i pustki". Oraz: "Może to ze mną coś nie tak".

Oba te pytania są naturalne, ale świadczą one o niezakończonym jeszcze procesie wychodzenia z bagna. Kiedy go zakończymy, będziemy doskonale wiedzieć, że to nie z nami jest "coś nie tak". A o aktualnej partnerce nawet nie będziemy wiedzieć, bo w ogóle nie będziemy się już interesować jego życiem.

No ale zanim to nastąpi... 

Warto zdać sobie sprawę z kilku spraw.

"Szklana kula" to jeden z elementów psychomanipulacji. Naturalną potrzebą, zwłaszcza kobiety, jest to, żeby ktoś się nami interesował, troszczył się  o nas, otaczał opieką i adorował. Normalne, ludzkie, zdrowe i konieczne. Tyle że w karykaturze związku, jakim jest psychopatyczne uwiedzenie, naturalne potrzeby są umiejętnie wykorzystywane do tego, aby zastawić na nas sidła.  

Normalny związek to bliskość, czułość, radość, troska i wspólnota, ale zarazem różnice zdań, nieporozumienia, gorsze dni czy trudne do zaakceptowania cechy. Związek z psychopatą ma zupełnie inną dynamikę. 

 Z początku nie ma ŻADNYCH problemów. Jest idealnie, aż... zbyt idealnie. Poznajesz gościa, który okazuje się spełnieniem wszelkich marzeń. W zależności od tego, czy podobają Ci się romantyczni samotnicy, czy rockandrollowi wariaci, taki dokładnie będzie. Jeśli jesteś bieszczadzkim trampem lubiącym wschody słońca na połoninach, gość uzbroi się w gitarę i flanelę oraz nauczy się na pamięć "Siekierezady". Jeśli z kolei lubisz porządek, stabilizację i wysoki standard życia, przyjedzie po Ciebie drogą furą, w nienagannym garniaku i zabierze Cię na dach najwyższego wieżowca w mieście, gdzie przy różowym szampanie od niechcenia wspomni o perspektywach rozwoju swojej kancelarii prawnej na rynkach zagranicznych. O tym, że zarówno perspektywy, jak i sama kancelaria, istnieją jedynie w jego głowie, dowiesz się dopiero, kiedy pożyczysz mu wszystkie swoje oszczędności na "dodatkową inwestycję", która z jakichś powodów wyjątkowo wymaga przelewu z konta innego niż firmowe. 

Do czego zmierzam? Rzecz jasna do tego, że każda bez wyjątku ofiara psychopaty, otrzymuje swoją "szklaną kulę" skrojoną dokładnie według potrzeb. To dlatego na początku wydaje nam się, że NARESZCIE ktoś nas w pełni rozumie, zawsze wysłuchuje i afirmuje każdy fragment naszego jestestwa. Wydaje nam się to zbyt piękne, aby było prawdziwe i... mamy rację. Związek z "normalnym Wieśkiem / Cześkiem" to piękne chwile, ale też różnice zdań, nieporozumienia, czasem jakiś foch, czasem kłótnia o bzdurę. Początki związku z psycholem to zero kłótni, pełen zachwyt i spędzanie razem mnóstwa czasu. Nie istnieją mecze, kumple i browary, nie istnieją koleżanki, rodzina ani tipsy. Nie macie swoich osobnych światów - macie jeden, wspólny. Tyle że kompletnie nieprawdziwy. 

Wiecie doskonale, co jest dalej, bo każda z nas to przerabiała. Kiedy jesteście już uzależnione i odcięte od bliskich i najczęściej, także od własnego "ja", psychopata pokazuje prawdziwe oblicze. Kontrola, agresja, izolacja, pranie mózgu. Gdyby jednak Dr Jekyll po przemianie w Mr Hyde'a pozostał konsekwentny, ofiara prawdopodobnie w końcu by odeszła. Tu jednak wkracza na scenę inna technika manipulacji, czyli tzw. "pozytywne wzmacnianie". Mr Hyde trzyma ofiarę w piwnicy, do której co jakiś czas wkracza dawny Dr Jekyll zapewniając o miłości i obiecując ratunek ("To nie byłem ja, coś we mnie wstąpiło, wybacz mi." / "Daj mi szansę, tylko przy Tobie mogę znowu stać się dobrym człowiekiem" etc.). Ofiara jest karmiona nadzieją powrotu do okresu "miesiąca miodowego" i usilnie chce wierzyć, że prawdą była "jasna strona mocy", a to, co dzieje się obecnie, to tylko zły sen. I dopóki nie osiągnie dna i nie zawalczy o życie, będzie się starała w to wierzyć. 

Zresztą wiemy o tym wszystkie. No to teraz pozostaje zdać sobie sprawę, że ten sam mechanizm dotyczy wszystkich ofiar psychopaty, także nowej partnerki naszego exa. Przeżywa ten sam "miodowy miesiąc", słyszy te same teksty o miłości i tak samo chce w nie wierzyć. Manipulacje zobaczy dopiero po pewnym czasie, kiedy zalany endorfinami rozum zacznie się powoli wynurzać z różowej galarety i dostrzegać FAKTY. 

Analizowanie kolejnego związku swojego ex to także element stosowanej przez niego (nawet "zza grobu") triangulacji (notkę na ten temat napisałam jakiś czas temu). Psychopata po związaniu się z kolejną partnerką (następuje to na ogół jeszcze w trakcie związku z poprzednią), zadba o to, żeby było to widoczne. Będzie rozpowiadał wszystkim Waszym wspólnym znajomym o tym, jaki jest NARESZCIE szczęśliwy i jak mu dobrze z PRAWDZIWĄ miłością jego życia. Będzie epatował swoim dobrostanem między innymi właśnie po to, żebyś poczuła się jeszcze bardziej przegrana i samotna. A przede wszystkim po to, żebyś właśnie zadawała sobie w kółko pytania: "a może to ze mną jest coś nie tak, skoro oni są tacy szczęśliwi?". Jeśli zadajesz te pytania, mimo że psychol doprowadził Cię do rozstroju nerwowego, oznacza to, że tkwisz w uzależnieniu. To są pytania narkomana marzącego o kolejnej działce i szukającego argumentów przemawiających za tym, że narkotyki są jednak zdrowe.  

Interesowanie się nowym związkiem byłego, to - jak pisałam wyżej - element triangulacji. Psychopata funduje Ci ją po to, żeby się na Tobie zemścić bądź Cię osłabić. Ale fundujesz ją sobie także Ty sama, ponieważ nie chcesz zmierzyć się z własnym uzależnieniem. Uważam, że do takich zachowań należy np. pisanie listów ostrzegawczych do nowej dziewczyny byłego "po to, aby ją ostrzec". Intencje mogą być szlachetne, ale bywa, że przykrywają głębszą motywację, którą jest właśnie uzależnienie i chęć pozostawania z byłym w jakiejś formie "relacji" - choćby pośredniej, negatywnej i bolesnej. 

"Szklana kula" ma też swoje dobre strony. Kiedy NAPRAWDĘ dotrze do nas, że wszystko, co wywoływało w nas tak silne i skrajne emocje, było iluzją, całkowicie odejdzie żal i rozkminy. Nie będziemy się już zastanawiać, czy może wypuściłyśmy z rąk "miłość życia". Przeżyjemy mało przyjemny stan obudzenia się po gigantycznej imprezie, na której ktoś przyłożył nam w głowę drewnianą sztachetą. Ale kiedy już wytrzeźwiejemy, wyleczymy kaca i sprzątniemy z grubsza otaczający nas teren, ucieszymy się, że znowu żyjemy. I tego Wam, niezmiennie serdecznie - życzę :)

 

sobota, 12 listopada 2016

Przepraszam, a kim Pan jest?

Dear Ladies. Zaświadczam, że po roku uporczywego mielenia starego, zgniłego kotleta zrobionego z faszerowanych jadem odwłoków skorpionów, chyba nareszcie mój umysł wypluł ostatni kawałek czarnego chitynowego pancerzyka. Mój świat jest znowu moim światem, a od Tamtego Czegoś odgradza mnie znowu pancerna szyba. 

Nie znaczy to oczywiście, że przestałam rozkminiać, mieć problemy, że poznałam odpowiedzi na wszystkie pytania, a życie stało się obiektem nieustannej afirmacji. Nareszcie wróciło jednak względne czucie się sobą i jakakolwiek ciekawość świata i wrażliwość na bodźce. No i wiara w sens działania. Może nie jest to jeszcze niesamowity szał, a ja na pewno nie zamieniłam się w wulkan twórczej energii, ale już przynajmniej nie jest tak, że na niemal każdą propozycję spotkania mam ochotę odpowiedzieć: "sorry, nie dziś, trawię skorpiona". 

Skorpion jako taki jest mi z kolei totalnie obojętny, nie mam ochoty ani widzieć go płonącego na ruszcie, ani oglądającego rejestru zadanych przezeń krzywd. Nie mam ochoty widzieć go w ogóle. I to już nie dlatego, że się boję albo brzydzę. Dlatego, że mnie nie interesuje i w żaden sposób nie może wnieść niczego wartościowego do mojego życia, a wiele może "wynieść". Podobnym "uczuciem" darzę różnych innych wciskaczy kitu - niekorzystnych ofert "promocyjnych", grających na współczuciu cwaniaków zbierających hajs na enigmatyczne "szlachetne inicjatywy" etc. Mieszanina zażenowania i obrzydzenia, a przede wszystkim - chęć jak najszybszego odwrotu. 

Na roztaczaną nad nami przez psycholi "władzę" warto patrzeć właśnie w ten sposób - jak na każdą inną technikę prania mózgu, zwanego dla niepoznaki "programowaniem neurolingwistycznym".

Nieciekawe doświadczenie, cholernie wyczerpujące, ale - co najważniejsze - możliwe do przezwyciężenia. Tym głównie chcę się z Wami podzielić, bo wiem, jakim cierpieniem jest codzienne wstawanie z tym samym kołowrotkiem w głowie, którego nie sposób wyłączyć ani na chwilę, a który sprawia, że nie mamy siły na najprostsze sprawy, a na dodatek wiecznie czujemy się jak na karuzeli i chce nam się non stop wymiotować. 

TO MINIE. Potrwa, ale minie. Pomaga to, o czym już wiele razy pisałam - dzielenie się doświadczeniem, zdobywanie wiedzy, szukanie wsparcia i życzliwości dobrych ludzi, obcowanie ze sztuką, świeże potwietrze, przyroda, cisza, modlitwa. Oraz CZAS. 

Najważniejsza sprawa to oczywiście zasada ZERO KONTAKTU. Nie umiem tego wyjaśnić, ale to dziwne zjawisko nie było jedynie moim doświadczeniem - długi czas po ucieczce ofiara pozostaje jeszcze w "mentalnym polu rażenia" psychola - tak, jakby był on w jakiś sposób zdalnie podłączony do jej mózgu i ciągle zakłócał jego fale, kradnąc jednocześnie energię. Coś jak z telefonem komórkowym na podsłuchu - szybko się rozładowuje i źle odbiera. 

Dlatego naprawdę warto stworzyć sobie zupełnie nowe "pole energetyczne", pozbywając się wszystkiego, co ma związek z psycholem (ciuchów, prezentów, czasem niestety także wspólnych znajomych). Najtrudniejsza sprawa to fakt, że przez długi czas jedną z tych "zainfekowanych" rzeczy jest nasz własny mózg - a jego nie mamy jak się pozbyć. Tutaj zapewniam - choć wiem, jaki to koszmar i ile to trwa, to jednak ten proces nie będzie wieczny, mózg się w końcu oczyści z szamba i wpuści do siebie spokój i światło. Czego Wam wszystkim najserdeczniej życzę.

czwartek, 3 listopada 2016

Mój przyjaciel Konkret

Kochane, nie chcę zapeszać, ale mam wrażenie, że detoks dobiega końca. Mój mózg zaczyna być powoli moim mózgiem, a nie zawirusowanym programem autodestrukcyjnym nastawionym na - nomen omen - zapętlenie. Serce też zaczyna przypominać serce, a nie drobno posiekanego tatara. 

Po czym to poznałam? Po APETYCIE. Wracając z pracy kupiłam dziś dwie książki, film i płytę, z autentyczną OCHOTĄ NA KONSUMPCJĘ, a nie tylko "w celach terapeutycznych". Apetyt na cokolwiek niezwiązanego bezpośrednio z przetrwaniem to dobry znak - znak, że w zainfekowanym mózgu zaczyna powoli powstawać miejsce na nowe treści. Oczywiście, istniało ono i wcześniej, ale jednak w inny sposób niż teraz. W pierwszym okresie po ucieczce nowe treści to abstrakcja, ponieważ jedyne, co przeżywamy, to rozpacz, strach, wstręt i szok. Później przychodzi czas na wściekłość, a następnie - na smutek. Musimy jakoś funkcjonować, więc funkcjonujemy. Chodzimy do pracy, jemy, śpimy, pierzemy, sprzątamy, rozmawiamy, kupujemy nowe ciuchy, chodzimy do fryzjera. Ale zarazem w tle, gdzieś głębiej, na innych częstotliwościach, mózg wciąż przerabia traumę. Mieli ją, tłucze, roztrząsa, w kółko i w kółko, do obłędu. Myślę, że część potwornego zmęczenia, jakie towarzyszy nam po ucieczce od psychola, wynika właśnie z tego "podwójnego życia", jakie prowadzi nasz mózg. 

W sumie jest to dosć logiczne - rozsądek i poczucie odpowiedzialności każe działać, nie poddawać się, a jednocześnie podświadomość trawi w tym czasie hektolitry trucizny, usiłując zarazem zagwarantować nam, że nic podobnego nie spotka nas już więcej w przyszłości. Skoro już wiemy, że COŚ TAKIEGO istnieje, mechanizmy obronne stają się wyczulone do granic możliwości i funkcjonują na najwyższych obrotach, koszmarnie nas przy tym wyczerpując. 

Ten stan przypomina regularne zatrucie. I chyba zresztą nim jest. Spróbujcie cierpiącego na zatrucie człowieka zaprosić do najlepszej restauracji w Wenecji na szczycie Pałacu Dożów (nie sądzę, żeby była tam restauracja, ale ZAŁÓŻMY) i zaproponujcie mu trzydaniowy wykwintny obiad z deserem, podawany na zastawie z XVII wieku. Biedny gość będzie w stanie poprosić najwyżej o XVII - wieczne wiadro, żeby się do niego wyrzygać. Podobnie z nami. W ostrym stanie zatrucia mózgu każdy bardziej skomplikowany bodziec jest dla niego perliczką w płatkach róż czy tam karmelizowanym pyłkiem z kwiatu lotosu - murowany paw. W tym stanie uratować może nas jedynie... rzyganie. I robimy to wypłakując się na rozmaitych ramionach, wyżalając, wyzwierzając, pomstując, rozpaczając i wygrażając pięścią obojętnemu niebu. A co potem? Potem czas na... suchary ;) Suchar w rozumieniu czerstwego żartu też nie jest zły, ale najważniejszy jest suchar dający energię zawartą w prostym pożywieniu. Tłumacząc na nasze - regularny tryb życia, sen, zdrowe odżywianie, spacery, ulubiona muzyka, życzliwi ludzie, przyroda, Omega 3, wątroba rekina, wyrwana żywcem z trzewi i zjedzona na surowo wątroba psychopaty. Żarcik (znaczy: suchar ;) ).

Prostota życia trochę pomaga dojść do siebie, ale wystarcza jedynie na jakiś czas. Jeśli nie włączymy do naszej "diety rekonwalescenta" bardziej urozmaiconych produktów, grozi nam frustracja z powodu poczucia wyjałowienia. Nie wiem, jak znaleźć balans pomiędzy niezmuszaniem się do wysiłku ponad siły a mobilizowaniem do walki o normalność, uczę się tego. Sądzę, że każdego dnia granica naszej wydolności będzie inna, ważne jednak, żeby nie spocząć na laurach, nie zadowolić się bylejakością, bo wtedy nasze poczucie przegranej urośnie do astronomicznych rozmiarów i zaczniemy naszą tożsamość definiować poprzez skrzywdzenie przez psychopatę. A chodzi przecież o to, żeby się od niego odbić. 

No dobra. Zaakceptowałam, że nie jestem i nie będę już tą samą osobą, ale p o w o l i zaczynam widzieć, że za niektórymi cechami sprzed wczesnego psychopatocenu... wcale nie tęsknię. Co to takiego? Ano na przykład niefrasobliwość. Każda z nas doskonale wie, jak dalece toksyczny związek potrafi tej cechy oduczyć. Tylko czy ja za nią tęsknię? Chyba średnio. Kolejna nabyta cecha to samodyscyplina. Nie osiągnęłam tu może jeszcze mistrzostwa, ale znowu - każda z nas wie, ile samokontroli wymaga odejście od psychola i konsekwencja w tej walce. Nie wiem, jak u Was, ale u mnie przełożyło się to na inne dziedziny życia i to chyba jednak jest korzystne.

Następna sprawa to właśnie tytułowy KONKRET. 
Doświadczenie kłamstwa na wielką skalę, jakim jest związek z psycholem i konieczność wykonania ogromnego wysiłku w celu ponownego złapania gruntu, uczy wyłapywania fałszywych nut. Jednocześnie, niestety, odziera nieco z wyobraźni. Moja wyobraźnia, która była w stanie nadać jakieś nadprzyrodzone cechy bardzo dziwnym kreaturom, przestała funkcjonować. Nie umiem już chyba "ulec magii chwili". "Magia" kojarzy mi się z fałszem i dopóki nie wiem, że dzieje się coś prawdziwego, a przede wszystkim - dobrego, nie wejdę w to. Mam tu oczywiście na myśli przede wszystkim relacje damsko - męskie. Trochę się obawiam, że już nigdy się nie zakocham, ale z kolei wiem, że jeśli się zakocham, to NAPRAWDĘ. 

Ze zdumieniem patrzę na tanie sztuczki bajerantów, "tajemnicze milczenie" sprawia, że się totalnie nudzę zamiast siedzieć z wypiekami na twarzy i zastanawiać się, co też ten fascynujący człowiek przede mną ukrywa. Kiedyś wyobraźnia sprawiała, że nadawałam niewspółmierne znaczenie gościom, którzy uciekali w bajer, nie mając nic ciekawego do zaproponowania. Bajeroodporność wzrosła u mnie do niebotycznych rozmiarów. Od razu się męczę, nudzę, irytuję i spadam. Z prostej przyczyny - doskonale znam koniec. A mężczyzna ma nam pokazać miejsca, w których jeszcze nie byłyśmy. I takie, które nas zachwycą, a nie poranią. 

Dlatego, choć na pewno fajnie byłoby z kimś być, to jednak czekam sobie spokojnie. Nie mam ochoty na żadne ranki - dla - randek, seks - dla - seksu, flirty - dla - flirtów. To musi być integralne. Czekam na zachwyt drugim człowiekiem, na chemię, porozumienie, szacunek, bliskość, czułość, bezpieczeństwo i radość. Nigdy więcej jedzenia ze śmietników. Jeśli nawet ma być tak, jak w pierwszej scenie Shreka: "To se jeszcze poczeka", to se jeszcze poczekam :) 


czwartek, 13 października 2016

Wszystkie, k..., serenady

Mam nadzieję, że kiedyś w końcu napiszę Notkę Autentycznie Totalnie Optymistyczną (NATO), ale póki co, będzie JESIENNA.

Bezwzględnie muszę coś zrobić ze swoim życiem, ale nie mam na to siły. Stan, który zapewne doskonale znacie. Pocieszam się tym, że od stanu "nie mam siły nawet przejąć się tym, że nie mam siły", to jednak oczko wyżej. Ale do rzeczy.

O co tu chodzi? Chyba o cel. I o marzenia. Napędza nas jedno i drugie. To cel sprawia, że zaciskamy zęby, pocimy się, warczymy, męczymy, wydaje nam się, że nie damy rady i zaraz wykorkujemy, a jednak idziemy na szczyt. No właśnie. Tyle że związek z psychopatą zaoferował nam jedynie szczyt cynizmu, bezwzględności, bezczelności, manipulacji etc., etc. Na dodatek, opakowany w bardzo atrakcyjne kolorki. Jak czuje się człowiek, który wypluł serce i płuca zanim zorientował się, że biega w kółko po płaściutkiej fototapecie - nie muszę mówić. 

To całe tragiczne oszustwo sprawia, że przestajemy marzyć. Bo obawiamy się wierzyć własnym zmysłom, skoro już raz nas tak bardzo oszukały. Brak marzeń to także podświadoma polisa ubezpieczeniowa - niczego nie chcesz, więc nie można Cię zmanipulować. Tyle, że... co z tego, skoro nie chce Ci się żyć. 

Czuję, że jestem bliska momentu, kiedy zrzygam się od przesytu tym stanem hibernacji i wrzasnę: "dajcie mi cokolwiek, nawet cierpienie, ale niech ja nareszcie poczuję coś innego niż szarą watę z bezbarwnym budyniem!". 

Nie wiem, czy macie podobnie, ale mi związek z psychopatą rozregulował skalę emocji. Doświadczyłam tak ekstremalnych, że wysiadł licznik, pękł termometr i nic nie działa. Może i szczęście w nieszczęściu, jak to się głupio mówi, że były to emocje głównie negatywne. Nie mam ochoty niczego wspominać i żałuję tylko tego, że się poznaliśmy. Tylko co z tego, skoro mózg automatycznie miele w kółko te stany ekstremalne w obawie przed tym, żeby się nie powtórzyły. I tu wpadamy w błędne koło, bo przecież najważniejszym pragnieniem człowieka jest miłość, a ona zakłada interakcję. A my do tej interakcji nie jesteśmy zdolne albo wręcz słowo miłość stało się dla nas synonimem manipulacji, poniżenia, kłamstwa i agresji. Bo tego niestety doświadczyłyśmy. Zupełnego rozdźwięku między słowem a jego znaczeniem.

"MIŁOŚĆ" to był glejt do łamania naszych granic, wolności ("zrozum, że tak bardzo cię kocham, że nie mogę pozwolić ci odejść"), do szantażowania ("ja cię tak kocham, że zabiję się, jeśli odejdziesz"), do agresji ("ok, zrobiłem to, ale to dlatego, że tak cię kocham, że straciłem kompletnie dla ciebie głowę i nie wiem, co się ze mną działo), zdrad ("kocham cię tak bardzo, że chciałem o tobie zapomnieć, skoro nie mogliśmy być razem") etc, etc, etc. 

Nic więc dziwnego, że kiedy Leonardo di Caprio mówi Kate Winslet: "I love you!", masz ochotę krzyczeć: "KATE!!! SPIERDALAJ!!! To oszust!!! Bier diamenty i na szalupę!!!". A skoro nagle "okazuje się", że wszystkie dzieła o miłości, cała wielka sztuka to jedna wielka ściema i sztafaż psychopaty, nic dziwnego, że nie chce nam się już nic. No bo za czym tęsknić, do czego dążyć? Do iluzji? A jeśli na dodatek, jak zakładam, większość z nas, ma naturę romantyczną, to przecież nie zadowoli nas codzienne podgrzewanie owsianki i opisywanie faktur. 

Rozwiązanie jest tylko jedno - powtarzać sobie do skutku, że jeśli zostałyśmy oszukane przez nieuczciwego pośrednika nieruchomosci, nie jest to powód, żeby resztę życia spędzić pod mostem. Trochę zapewne to potrwa, trochę pod tym mostem posiedzimy, najemy się spleśniałego chleba i pogramy w pokera ze szczurami. Ale w którymś momencie, być może, kiedy ktoś poda nam rękę, nie zwyzywamy go od najgorszych, ale pozwolimy na to, żeby pomógł nam wstać. I może to wcześniejsze dotknięcie dna sprawi, że kiedy pojawi się myśl: "a może to oszust", wzruszymy ramionami i odpowiemy sobie: "no to najwyżej stamtąd wyjdę".