niedziela, 20 listopada 2016

Szklana kula na zamówienie

Na zamówienie, bo taki temat notki zasugerowała jedna z Was. "Jakim cudem obecna partnerka nie widzi jego manipulacji i pustki". Oraz: "Może to ze mną coś nie tak".

Oba te pytania są naturalne, ale świadczą one o niezakończonym jeszcze procesie wychodzenia z bagna. Kiedy go zakończymy, będziemy doskonale wiedzieć, że to nie z nami jest "coś nie tak". A o aktualnej partnerce nawet nie będziemy wiedzieć, bo w ogóle nie będziemy się już interesować jego życiem.

No ale zanim to nastąpi... 

Warto zdać sobie sprawę z kilku spraw.

"Szklana kula" to jeden z elementów psychomanipulacji. Naturalną potrzebą, zwłaszcza kobiety, jest to, żeby ktoś się nami interesował, troszczył się  o nas, otaczał opieką i adorował. Normalne, ludzkie, zdrowe i konieczne. Tyle że w karykaturze związku, jakim jest psychopatyczne uwiedzenie, naturalne potrzeby są umiejętnie wykorzystywane do tego, aby zastawić na nas sidła.  

Normalny związek to bliskość, czułość, radość, troska i wspólnota, ale zarazem różnice zdań, nieporozumienia, gorsze dni czy trudne do zaakceptowania cechy. Związek z psychopatą ma zupełnie inną dynamikę. 

 Z początku nie ma ŻADNYCH problemów. Jest idealnie, aż... zbyt idealnie. Poznajesz gościa, który okazuje się spełnieniem wszelkich marzeń. W zależności od tego, czy podobają Ci się romantyczni samotnicy, czy rockandrollowi wariaci, taki dokładnie będzie. Jeśli jesteś bieszczadzkim trampem lubiącym wschody słońca na połoninach, gość uzbroi się w gitarę i flanelę oraz nauczy się na pamięć "Siekierezady". Jeśli z kolei lubisz porządek, stabilizację i wysoki standard życia, przyjedzie po Ciebie drogą furą, w nienagannym garniaku i zabierze Cię na dach najwyższego wieżowca w mieście, gdzie przy różowym szampanie od niechcenia wspomni o perspektywach rozwoju swojej kancelarii prawnej na rynkach zagranicznych. O tym, że zarówno perspektywy, jak i sama kancelaria, istnieją jedynie w jego głowie, dowiesz się dopiero, kiedy pożyczysz mu wszystkie swoje oszczędności na "dodatkową inwestycję", która z jakichś powodów wyjątkowo wymaga przelewu z konta innego niż firmowe. 

Do czego zmierzam? Rzecz jasna do tego, że każda bez wyjątku ofiara psychopaty, otrzymuje swoją "szklaną kulę" skrojoną dokładnie według potrzeb. To dlatego na początku wydaje nam się, że NARESZCIE ktoś nas w pełni rozumie, zawsze wysłuchuje i afirmuje każdy fragment naszego jestestwa. Wydaje nam się to zbyt piękne, aby było prawdziwe i... mamy rację. Związek z "normalnym Wieśkiem / Cześkiem" to piękne chwile, ale też różnice zdań, nieporozumienia, czasem jakiś foch, czasem kłótnia o bzdurę. Początki związku z psycholem to zero kłótni, pełen zachwyt i spędzanie razem mnóstwa czasu. Nie istnieją mecze, kumple i browary, nie istnieją koleżanki, rodzina ani tipsy. Nie macie swoich osobnych światów - macie jeden, wspólny. Tyle że kompletnie nieprawdziwy. 

Wiecie doskonale, co jest dalej, bo każda z nas to przerabiała. Kiedy jesteście już uzależnione i odcięte od bliskich i najczęściej, także od własnego "ja", psychopata pokazuje prawdziwe oblicze. Kontrola, agresja, izolacja, pranie mózgu. Gdyby jednak Dr Jekyll po przemianie w Mr Hyde'a pozostał konsekwentny, ofiara prawdopodobnie w końcu by odeszła. Tu jednak wkracza na scenę inna technika manipulacji, czyli tzw. "pozytywne wzmacnianie". Mr Hyde trzyma ofiarę w piwnicy, do której co jakiś czas wkracza dawny Dr Jekyll zapewniając o miłości i obiecując ratunek ("To nie byłem ja, coś we mnie wstąpiło, wybacz mi." / "Daj mi szansę, tylko przy Tobie mogę znowu stać się dobrym człowiekiem" etc.). Ofiara jest karmiona nadzieją powrotu do okresu "miesiąca miodowego" i usilnie chce wierzyć, że prawdą była "jasna strona mocy", a to, co dzieje się obecnie, to tylko zły sen. I dopóki nie osiągnie dna i nie zawalczy o życie, będzie się starała w to wierzyć. 

Zresztą wiemy o tym wszystkie. No to teraz pozostaje zdać sobie sprawę, że ten sam mechanizm dotyczy wszystkich ofiar psychopaty, także nowej partnerki naszego exa. Przeżywa ten sam "miodowy miesiąc", słyszy te same teksty o miłości i tak samo chce w nie wierzyć. Manipulacje zobaczy dopiero po pewnym czasie, kiedy zalany endorfinami rozum zacznie się powoli wynurzać z różowej galarety i dostrzegać FAKTY. 

Analizowanie kolejnego związku swojego ex to także element stosowanej przez niego (nawet "zza grobu") triangulacji (notkę na ten temat napisałam jakiś czas temu). Psychopata po związaniu się z kolejną partnerką (następuje to na ogół jeszcze w trakcie związku z poprzednią), zadba o to, żeby było to widoczne. Będzie rozpowiadał wszystkim Waszym wspólnym znajomym o tym, jaki jest NARESZCIE szczęśliwy i jak mu dobrze z PRAWDZIWĄ miłością jego życia. Będzie epatował swoim dobrostanem między innymi właśnie po to, żebyś poczuła się jeszcze bardziej przegrana i samotna. A przede wszystkim po to, żebyś właśnie zadawała sobie w kółko pytania: "a może to ze mną jest coś nie tak, skoro oni są tacy szczęśliwi?". Jeśli zadajesz te pytania, mimo że psychol doprowadził Cię do rozstroju nerwowego, oznacza to, że tkwisz w uzależnieniu. To są pytania narkomana marzącego o kolejnej działce i szukającego argumentów przemawiających za tym, że narkotyki są jednak zdrowe.  

Interesowanie się nowym związkiem byłego, to - jak pisałam wyżej - element triangulacji. Psychopata funduje Ci ją po to, żeby się na Tobie zemścić bądź Cię osłabić. Ale fundujesz ją sobie także Ty sama, ponieważ nie chcesz zmierzyć się z własnym uzależnieniem. Uważam, że do takich zachowań należy np. pisanie listów ostrzegawczych do nowej dziewczyny byłego "po to, aby ją ostrzec". Intencje mogą być szlachetne, ale bywa, że przykrywają głębszą motywację, którą jest właśnie uzależnienie i chęć pozostawania z byłym w jakiejś formie "relacji" - choćby pośredniej, negatywnej i bolesnej. 

"Szklana kula" ma też swoje dobre strony. Kiedy NAPRAWDĘ dotrze do nas, że wszystko, co wywoływało w nas tak silne i skrajne emocje, było iluzją, całkowicie odejdzie żal i rozkminy. Nie będziemy się już zastanawiać, czy może wypuściłyśmy z rąk "miłość życia". Przeżyjemy mało przyjemny stan obudzenia się po gigantycznej imprezie, na której ktoś przyłożył nam w głowę drewnianą sztachetą. Ale kiedy już wytrzeźwiejemy, wyleczymy kaca i sprzątniemy z grubsza otaczający nas teren, ucieszymy się, że znowu żyjemy. I tego Wam, niezmiennie serdecznie - życzę :)

 

sobota, 12 listopada 2016

Przepraszam, a kim Pan jest?

Dear Ladies. Zaświadczam, że po roku uporczywego mielenia starego, zgniłego kotleta zrobionego z faszerowanych jadem odwłoków skorpionów, chyba nareszcie mój umysł wypluł ostatni kawałek czarnego chitynowego pancerzyka. Mój świat jest znowu moim światem, a od Tamtego Czegoś odgradza mnie znowu pancerna szyba. 

Nie znaczy to oczywiście, że przestałam rozkminiać, mieć problemy, że poznałam odpowiedzi na wszystkie pytania, a życie stało się obiektem nieustannej afirmacji. Nareszcie wróciło jednak względne czucie się sobą i jakakolwiek ciekawość świata i wrażliwość na bodźce. No i wiara w sens działania. Może nie jest to jeszcze niesamowity szał, a ja na pewno nie zamieniłam się w wulkan twórczej energii, ale już przynajmniej nie jest tak, że na niemal każdą propozycję spotkania mam ochotę odpowiedzieć: "sorry, nie dziś, trawię skorpiona". 

Skorpion jako taki jest mi z kolei totalnie obojętny, nie mam ochoty ani widzieć go płonącego na ruszcie, ani oglądającego rejestru zadanych przezeń krzywd. Nie mam ochoty widzieć go w ogóle. I to już nie dlatego, że się boję albo brzydzę. Dlatego, że mnie nie interesuje i w żaden sposób nie może wnieść niczego wartościowego do mojego życia, a wiele może "wynieść". Podobnym "uczuciem" darzę różnych innych wciskaczy kitu - niekorzystnych ofert "promocyjnych", grających na współczuciu cwaniaków zbierających hajs na enigmatyczne "szlachetne inicjatywy" etc. Mieszanina zażenowania i obrzydzenia, a przede wszystkim - chęć jak najszybszego odwrotu. 

Na roztaczaną nad nami przez psycholi "władzę" warto patrzeć właśnie w ten sposób - jak na każdą inną technikę prania mózgu, zwanego dla niepoznaki "programowaniem neurolingwistycznym".

Nieciekawe doświadczenie, cholernie wyczerpujące, ale - co najważniejsze - możliwe do przezwyciężenia. Tym głównie chcę się z Wami podzielić, bo wiem, jakim cierpieniem jest codzienne wstawanie z tym samym kołowrotkiem w głowie, którego nie sposób wyłączyć ani na chwilę, a który sprawia, że nie mamy siły na najprostsze sprawy, a na dodatek wiecznie czujemy się jak na karuzeli i chce nam się non stop wymiotować. 

TO MINIE. Potrwa, ale minie. Pomaga to, o czym już wiele razy pisałam - dzielenie się doświadczeniem, zdobywanie wiedzy, szukanie wsparcia i życzliwości dobrych ludzi, obcowanie ze sztuką, świeże potwietrze, przyroda, cisza, modlitwa. Oraz CZAS. 

Najważniejsza sprawa to oczywiście zasada ZERO KONTAKTU. Nie umiem tego wyjaśnić, ale to dziwne zjawisko nie było jedynie moim doświadczeniem - długi czas po ucieczce ofiara pozostaje jeszcze w "mentalnym polu rażenia" psychola - tak, jakby był on w jakiś sposób zdalnie podłączony do jej mózgu i ciągle zakłócał jego fale, kradnąc jednocześnie energię. Coś jak z telefonem komórkowym na podsłuchu - szybko się rozładowuje i źle odbiera. 

Dlatego naprawdę warto stworzyć sobie zupełnie nowe "pole energetyczne", pozbywając się wszystkiego, co ma związek z psycholem (ciuchów, prezentów, czasem niestety także wspólnych znajomych). Najtrudniejsza sprawa to fakt, że przez długi czas jedną z tych "zainfekowanych" rzeczy jest nasz własny mózg - a jego nie mamy jak się pozbyć. Tutaj zapewniam - choć wiem, jaki to koszmar i ile to trwa, to jednak ten proces nie będzie wieczny, mózg się w końcu oczyści z szamba i wpuści do siebie spokój i światło. Czego Wam wszystkim najserdeczniej życzę.

czwartek, 3 listopada 2016

Mój przyjaciel Konkret

Kochane, nie chcę zapeszać, ale mam wrażenie, że detoks dobiega końca. Mój mózg zaczyna być powoli moim mózgiem, a nie zawirusowanym programem autodestrukcyjnym nastawionym na - nomen omen - zapętlenie. Serce też zaczyna przypominać serce, a nie drobno posiekanego tatara. 

Po czym to poznałam? Po APETYCIE. Wracając z pracy kupiłam dziś dwie książki, film i płytę, z autentyczną OCHOTĄ NA KONSUMPCJĘ, a nie tylko "w celach terapeutycznych". Apetyt na cokolwiek niezwiązanego bezpośrednio z przetrwaniem to dobry znak - znak, że w zainfekowanym mózgu zaczyna powoli powstawać miejsce na nowe treści. Oczywiście, istniało ono i wcześniej, ale jednak w inny sposób niż teraz. W pierwszym okresie po ucieczce nowe treści to abstrakcja, ponieważ jedyne, co przeżywamy, to rozpacz, strach, wstręt i szok. Później przychodzi czas na wściekłość, a następnie - na smutek. Musimy jakoś funkcjonować, więc funkcjonujemy. Chodzimy do pracy, jemy, śpimy, pierzemy, sprzątamy, rozmawiamy, kupujemy nowe ciuchy, chodzimy do fryzjera. Ale zarazem w tle, gdzieś głębiej, na innych częstotliwościach, mózg wciąż przerabia traumę. Mieli ją, tłucze, roztrząsa, w kółko i w kółko, do obłędu. Myślę, że część potwornego zmęczenia, jakie towarzyszy nam po ucieczce od psychola, wynika właśnie z tego "podwójnego życia", jakie prowadzi nasz mózg. 

W sumie jest to dosć logiczne - rozsądek i poczucie odpowiedzialności każe działać, nie poddawać się, a jednocześnie podświadomość trawi w tym czasie hektolitry trucizny, usiłując zarazem zagwarantować nam, że nic podobnego nie spotka nas już więcej w przyszłości. Skoro już wiemy, że COŚ TAKIEGO istnieje, mechanizmy obronne stają się wyczulone do granic możliwości i funkcjonują na najwyższych obrotach, koszmarnie nas przy tym wyczerpując. 

Ten stan przypomina regularne zatrucie. I chyba zresztą nim jest. Spróbujcie cierpiącego na zatrucie człowieka zaprosić do najlepszej restauracji w Wenecji na szczycie Pałacu Dożów (nie sądzę, żeby była tam restauracja, ale ZAŁÓŻMY) i zaproponujcie mu trzydaniowy wykwintny obiad z deserem, podawany na zastawie z XVII wieku. Biedny gość będzie w stanie poprosić najwyżej o XVII - wieczne wiadro, żeby się do niego wyrzygać. Podobnie z nami. W ostrym stanie zatrucia mózgu każdy bardziej skomplikowany bodziec jest dla niego perliczką w płatkach róż czy tam karmelizowanym pyłkiem z kwiatu lotosu - murowany paw. W tym stanie uratować może nas jedynie... rzyganie. I robimy to wypłakując się na rozmaitych ramionach, wyżalając, wyzwierzając, pomstując, rozpaczając i wygrażając pięścią obojętnemu niebu. A co potem? Potem czas na... suchary ;) Suchar w rozumieniu czerstwego żartu też nie jest zły, ale najważniejszy jest suchar dający energię zawartą w prostym pożywieniu. Tłumacząc na nasze - regularny tryb życia, sen, zdrowe odżywianie, spacery, ulubiona muzyka, życzliwi ludzie, przyroda, Omega 3, wątroba rekina, wyrwana żywcem z trzewi i zjedzona na surowo wątroba psychopaty. Żarcik (znaczy: suchar ;) ).

Prostota życia trochę pomaga dojść do siebie, ale wystarcza jedynie na jakiś czas. Jeśli nie włączymy do naszej "diety rekonwalescenta" bardziej urozmaiconych produktów, grozi nam frustracja z powodu poczucia wyjałowienia. Nie wiem, jak znaleźć balans pomiędzy niezmuszaniem się do wysiłku ponad siły a mobilizowaniem do walki o normalność, uczę się tego. Sądzę, że każdego dnia granica naszej wydolności będzie inna, ważne jednak, żeby nie spocząć na laurach, nie zadowolić się bylejakością, bo wtedy nasze poczucie przegranej urośnie do astronomicznych rozmiarów i zaczniemy naszą tożsamość definiować poprzez skrzywdzenie przez psychopatę. A chodzi przecież o to, żeby się od niego odbić. 

No dobra. Zaakceptowałam, że nie jestem i nie będę już tą samą osobą, ale p o w o l i zaczynam widzieć, że za niektórymi cechami sprzed wczesnego psychopatocenu... wcale nie tęsknię. Co to takiego? Ano na przykład niefrasobliwość. Każda z nas doskonale wie, jak dalece toksyczny związek potrafi tej cechy oduczyć. Tylko czy ja za nią tęsknię? Chyba średnio. Kolejna nabyta cecha to samodyscyplina. Nie osiągnęłam tu może jeszcze mistrzostwa, ale znowu - każda z nas wie, ile samokontroli wymaga odejście od psychola i konsekwencja w tej walce. Nie wiem, jak u Was, ale u mnie przełożyło się to na inne dziedziny życia i to chyba jednak jest korzystne.

Następna sprawa to właśnie tytułowy KONKRET. 
Doświadczenie kłamstwa na wielką skalę, jakim jest związek z psycholem i konieczność wykonania ogromnego wysiłku w celu ponownego złapania gruntu, uczy wyłapywania fałszywych nut. Jednocześnie, niestety, odziera nieco z wyobraźni. Moja wyobraźnia, która była w stanie nadać jakieś nadprzyrodzone cechy bardzo dziwnym kreaturom, przestała funkcjonować. Nie umiem już chyba "ulec magii chwili". "Magia" kojarzy mi się z fałszem i dopóki nie wiem, że dzieje się coś prawdziwego, a przede wszystkim - dobrego, nie wejdę w to. Mam tu oczywiście na myśli przede wszystkim relacje damsko - męskie. Trochę się obawiam, że już nigdy się nie zakocham, ale z kolei wiem, że jeśli się zakocham, to NAPRAWDĘ. 

Ze zdumieniem patrzę na tanie sztuczki bajerantów, "tajemnicze milczenie" sprawia, że się totalnie nudzę zamiast siedzieć z wypiekami na twarzy i zastanawiać się, co też ten fascynujący człowiek przede mną ukrywa. Kiedyś wyobraźnia sprawiała, że nadawałam niewspółmierne znaczenie gościom, którzy uciekali w bajer, nie mając nic ciekawego do zaproponowania. Bajeroodporność wzrosła u mnie do niebotycznych rozmiarów. Od razu się męczę, nudzę, irytuję i spadam. Z prostej przyczyny - doskonale znam koniec. A mężczyzna ma nam pokazać miejsca, w których jeszcze nie byłyśmy. I takie, które nas zachwycą, a nie poranią. 

Dlatego, choć na pewno fajnie byłoby z kimś być, to jednak czekam sobie spokojnie. Nie mam ochoty na żadne ranki - dla - randek, seks - dla - seksu, flirty - dla - flirtów. To musi być integralne. Czekam na zachwyt drugim człowiekiem, na chemię, porozumienie, szacunek, bliskość, czułość, bezpieczeństwo i radość. Nigdy więcej jedzenia ze śmietników. Jeśli nawet ma być tak, jak w pierwszej scenie Shreka: "To se jeszcze poczeka", to se jeszcze poczekam :) 


czwartek, 13 października 2016

Wszystkie, k..., serenady

Mam nadzieję, że kiedyś w końcu napiszę Notkę Autentycznie Totalnie Optymistyczną (NATO), ale póki co, będzie JESIENNA.

Bezwzględnie muszę coś zrobić ze swoim życiem, ale nie mam na to siły. Stan, który zapewne doskonale znacie. Pocieszam się tym, że od stanu "nie mam siły nawet przejąć się tym, że nie mam siły", to jednak oczko wyżej. Ale do rzeczy.

O co tu chodzi? Chyba o cel. I o marzenia. Napędza nas jedno i drugie. To cel sprawia, że zaciskamy zęby, pocimy się, warczymy, męczymy, wydaje nam się, że nie damy rady i zaraz wykorkujemy, a jednak idziemy na szczyt. No właśnie. Tyle że związek z psychopatą zaoferował nam jedynie szczyt cynizmu, bezwzględności, bezczelności, manipulacji etc., etc. Na dodatek, opakowany w bardzo atrakcyjne kolorki. Jak czuje się człowiek, który wypluł serce i płuca zanim zorientował się, że biega w kółko po płaściutkiej fototapecie - nie muszę mówić. 

To całe tragiczne oszustwo sprawia, że przestajemy marzyć. Bo obawiamy się wierzyć własnym zmysłom, skoro już raz nas tak bardzo oszukały. Brak marzeń to także podświadoma polisa ubezpieczeniowa - niczego nie chcesz, więc nie można Cię zmanipulować. Tyle, że... co z tego, skoro nie chce Ci się żyć. 

Czuję, że jestem bliska momentu, kiedy zrzygam się od przesytu tym stanem hibernacji i wrzasnę: "dajcie mi cokolwiek, nawet cierpienie, ale niech ja nareszcie poczuję coś innego niż szarą watę z bezbarwnym budyniem!". 

Nie wiem, czy macie podobnie, ale mi związek z psychopatą rozregulował skalę emocji. Doświadczyłam tak ekstremalnych, że wysiadł licznik, pękł termometr i nic nie działa. Może i szczęście w nieszczęściu, jak to się głupio mówi, że były to emocje głównie negatywne. Nie mam ochoty niczego wspominać i żałuję tylko tego, że się poznaliśmy. Tylko co z tego, skoro mózg automatycznie miele w kółko te stany ekstremalne w obawie przed tym, żeby się nie powtórzyły. I tu wpadamy w błędne koło, bo przecież najważniejszym pragnieniem człowieka jest miłość, a ona zakłada interakcję. A my do tej interakcji nie jesteśmy zdolne albo wręcz słowo miłość stało się dla nas synonimem manipulacji, poniżenia, kłamstwa i agresji. Bo tego niestety doświadczyłyśmy. Zupełnego rozdźwięku między słowem a jego znaczeniem.

"MIŁOŚĆ" to był glejt do łamania naszych granic, wolności ("zrozum, że tak bardzo cię kocham, że nie mogę pozwolić ci odejść"), do szantażowania ("ja cię tak kocham, że zabiję się, jeśli odejdziesz"), do agresji ("ok, zrobiłem to, ale to dlatego, że tak cię kocham, że straciłem kompletnie dla ciebie głowę i nie wiem, co się ze mną działo), zdrad ("kocham cię tak bardzo, że chciałem o tobie zapomnieć, skoro nie mogliśmy być razem") etc, etc, etc. 

Nic więc dziwnego, że kiedy Leonardo di Caprio mówi Kate Winslet: "I love you!", masz ochotę krzyczeć: "KATE!!! SPIERDALAJ!!! To oszust!!! Bier diamenty i na szalupę!!!". A skoro nagle "okazuje się", że wszystkie dzieła o miłości, cała wielka sztuka to jedna wielka ściema i sztafaż psychopaty, nic dziwnego, że nie chce nam się już nic. No bo za czym tęsknić, do czego dążyć? Do iluzji? A jeśli na dodatek, jak zakładam, większość z nas, ma naturę romantyczną, to przecież nie zadowoli nas codzienne podgrzewanie owsianki i opisywanie faktur. 

Rozwiązanie jest tylko jedno - powtarzać sobie do skutku, że jeśli zostałyśmy oszukane przez nieuczciwego pośrednika nieruchomosci, nie jest to powód, żeby resztę życia spędzić pod mostem. Trochę zapewne to potrwa, trochę pod tym mostem posiedzimy, najemy się spleśniałego chleba i pogramy w pokera ze szczurami. Ale w którymś momencie, być może, kiedy ktoś poda nam rękę, nie zwyzywamy go od najgorszych, ale pozwolimy na to, żeby pomógł nam wstać. I może to wcześniejsze dotknięcie dna sprawi, że kiedy pojawi się myśl: "a może to oszust", wzruszymy ramionami i odpowiemy sobie: "no to najwyżej stamtąd wyjdę".

sobota, 8 października 2016

Megalaski i ciocie Klocie

Dziś będzie notka o fałszywym dążeniu do doskonałości. Myślę, że każda z nas po ucieczce od psychola wpadła w klimat kupowania książek "Dlaczego mężczyźni kochają zołzy" bądź ewentualnie: "Jak urwać mu jaja, których i tak nie ma". Ja też. Po takim upokorzeniu, jakie funduje zdrowej osobie psychol, naturalną reakcją jest zarówno wściekłość, jak i chęć jak najszybszej odbudowy zranionej dumy. Myślę, że to stąd wzięła się u mnie faza "fajne ciuchy, niezależność finansowa, poker face". Zapisałam się nawet na fejsie do grup zrzeszających rzeczone Zołzy. I co tam znalazłam? Obok fajnych, mądrych tekstów rzeczywiście spełnionych kobiet, mnóstwo pytań w rodzaju: "Jak sprawić, żeby on pomyślał, że jestem zołzą?" / "Jak często do niego pisać, żeby nie wydało się, że mi na nim zależy?" etc. I pomyślałam sobie: WHAT THE FUCK. 

Z pułapki zwanej "kobieta, która kocha za bardzo", pełnej łez wylanych w bladym świetle księżyca, mglistych poranków i bezsennych nocy, możemy wpaść w pułapkę pt. "biurwo-korpo-bitch". Plecy proste, nienaganny makijaż, manicure, sranicure, nie wybaczę, nie daruję, nie dorastasz mi do pięt. A przede wszystkim - nie potrzebuję Cię. Do tego w sumie namawiają rozmaite nowoczesne podręczniki dla kobiet szukających miłości na miarę XXI wieku. "Kochaj wtedy, kiedy będziesz gotowa, nie wtedy, kiedy czujesz się samotna". "Jeśli nie pokochasz siebie, facet też cię nigdy nie pokocha". "Nie dawaj mu odczuć, że ci zależy, bo przestanie cię szanować". 

Generalnie message jest taki, że dopiero po osiągnięciu jakiegoś stanu "doskonałości", a przynajmniej samowystarczalności, będziesz w stanie stworzyć szczęśliwy związek. Widzę tu dwie pułapki:

1. "Rozwiniesz" się tak mocno i poczujesz tak bardzo zajebista, że nawet nie spojrzysz na żadnego Cześka ani Janusza i nadal będziesz tkwić w iluzjach o poznaniu kogoś idealnego i na Twoją miarę.

2. Nigdy nie poczujesz się pewnie, że Twój Janusz, Czesiek czy Leonardo naprawdę Cię kocha, bo tak dalece wejdzie Ci w krew udawanie kogoś idealnego. 

Na dodatek, w tym wszystkim gubi się jakoś BEZINTERESOWNOŚĆ. Miłości nie reguluje rynek popytu i podaży. Miłość musi być trochę nieracjonalna, a raczej tę racjonalność przekraczać. Musi być tajemnicą. Nie namawiam oczywiście do niedojrzałości, ignorowania rozumu czy też do nieodpowiedzialnego pakowania się ciągle w te same koleiny. Jestem jak najbardziej za stałym rozwojem, terapią, jeśli trzeba, budowaniem swojego, niezależnego od nikogo świata. 

Ale jednocześnie namawiam do niezabijania w sobie romantyzmu, mimo że możemy myśleć, że skoro to on nas kiedyś prawie zabił, to teraz my weźmiemy na nim odwet. Tyle że bez otwartości na metafizykę, poezję i nieuchwytne piękno, zniszczymy właśnie w sobie najlepszą część naszego człowieczeństwa. Sądzę, że nie warto. Piszę to z perspektywy kogoś, kto usilnie próbował tak postępować. Jakiś czas udawałam Naprawdę Twardą Laskę i sądziłam, że dzięki temu pokocha mnie Naprawdę Twardy Facet.  

A tymczasem NTF to przecież ktoś, kto kocha Cię niedoskonałą (doskonała i tak nie będziesz), z rozmazanym makijażem (albo i bez), z dołami, cellulitem, okresem, słabościami, niekonsekwencjami i mnóstwem zalet i wad. Uświadomił mi to ostatnio pewien Czesiek właśnie. Koleś zupełnie nie w moim typie, nic między nami nie było, ale powiedział mi coś, dzięki czemu roztopiła się we mnie mała góra lodowa: "Wiesz co? Daruj, ale to nie Ty decydujesz, czy ktoś cię pokocha, czy nie". I dodał: "A to, co budujesz, to jest TYLKO mur". TYLKO mur. Te dwa zdania otworzyły mi oczy na to, że choćbym nie wiem, jak się starała, to nie skłonię nikogo do miłości. To jest przecież BEZINTERESOWNY PODARUNEK. I w związku z tym nie muszę i nawet nie powinnam próbować wiecznie udawać jakiejś zołzy tudzież Lady Fitness, bo TO NIE JA. I po cholerę mi facet, który "pokocha" mnie jako LF? 

Miłość to nie przepis na ciasto. To tylko w świecie psycholi tak jest. Kłamstwo, manipulacja, zeskanowanie czyjeść osobowości i uderzanie w odpowiednie struny. To dlatego wychodzimy z tego takie poranione - że w tym właśnie nie było ani krzty, nawet nieudolnie okazywanej, ale jednak miłości. 

Konkluzja jest taka, że choć namawiam do  rozwijania się i dbania o siebie, to przede wszystkim namawiam siebie i Was do bycia prawdziwą. Choć "Dlaczego mężczyźni kochają zołzy" to świetna książka z pozytywnym przesłaniem, to jednak uważam, że ważniejsze od stosowania zawartych w niej rad, jest słuchanie własnego serca. I kiedy nawet podpowie ono, że właśnie masz ochotę powiedzieć komuś, że owszem, zależy Ci na nim jak cholera, że tęsknisz, że go podziwiasz, ze jest dla Ciebie wyjątkowy, to - o ile nie jest to rzecz jasna psychol - MÓW. Bieg za pociągiem z rozwianym włosem i w deszczu też dozwolony. (Pod warunkiem, że facet jedzie na wojnę, a nie odwiedzić mamusię). W dzisiejszym świecie, gdzie wszystko jest tak okropnie sformatowane, opisane, wybebeszone i pozbawione tajemnicy, pielęgnowanie pierwiastka poezji to sprawa warta walki :)

sobota, 24 września 2016

Dupa, dupa, cycki

Tak się w przedszkolu wyrażało bezradność. A że czuję się jak bezradne dziecko, to pozwoliłam sobie wrócić do tamtego etapu ;) 

Kochane Dziewczyny, bardzo Wam dziękuję za wszystkie ciepłe i mądre słowa i przytulenia. Jak widać, wcale sobie tak szybko nie poradziłam. Zaraz po ucieczce pojawiła się euforia, że się udało, a jakość życia skoczyła o 100%. Tak jak po wyjściu z więzienia (tak przynajmniej sobie to wyobrażam ;) wracasz nareszcie do domu i cieszy Cię każda napotkana na ulicy osoba, każdy dotyk powietrza na skórze, promień słońca and all that jazz. 

Ale w końcu zostajesz sam/a i zaczynają do Ciebie wracać dawne krzywdy i zbrodnie. No i teraz się waham, co mam zrobić, czy z tym walczyć, czy się temu poddać, bo mam poczucie, że walka mnie wyczerpała do cna, a na dodatek, jak widać, pomogła na krótką metę, a z kolei poddanie się kojarzy mi się z położeniem się do łóżka-i-nie-wstaniem-już-nigdy. Wybrałam zatem coś pośrodku, to znaczy szukanie chwil na bycie ze sobą i Przeżywanie Doła, ale jednak w sposób w miarę kontrolowany, to znaczy bez rzucania pracy tudzież cięcia żył.

Tłumienie bólu po związku z psychopatą ma kilka ważnych przyczyn:

1. W ucieczce nie ma czasu na ból. Jeśli rozstajesz się z kimś normalnym, ten ktoś może wykonać telefon czy dwa, żeby próbować Cię odzyskać, ale w przypadku odmowy, uszanuje Twoją wolność, a Ty będziesz miała szansę na to, żeby w spokoju i bez poczucia odebrania Ci szacunku, dojść do siebie, przemyśleć wszystko, przeżyć stratę, pogodzić się z nią i zaczac nowy etap. Rozstanie z psychopatą to zupełnie inna bajka. To jest walka z wrogiem, a nie rozejście się w dwie strony dwoja niepasujących do siebie osób. Nie ma czasu na przeżywanie czegokolwiek, Twoja codzienność to policja, paragrafy, obmyślanie alternatywnych dróg do pracy, żeby go nie spotkać, ucieczki z własnego domu, wmuszanie w siebie czegokolwiek do jedzenia, żeby się nie wykończyć, nerwica, bezsenność, psychotropy. Działania ograniczają się do takiego poziomu dbałości o organizm, żeby wytrzymał jeszcze chwilę i się zupełnie nie rozwalił. Jednym z koniecznych elementów jest tutaj właśnie zablokowanie uczuć. Kiedy musisz DZIAŁAĆ, konsekwentnie, precyzyjnie, przewidując kolejne ruchy wroga, nie masz czasu na przeżywanie tego, że tak bardzo zostałaś skrzywdzona, tak dogłębnie jesteś rozczarowana albo tak strasznie boli Cię pęknięte serce. Boli? To bierzesz zatrzyk przeciwbólowy, granat do ręki, glany na nogi i walczysz dalej. Tyle że kiedy znajdziesz się nareszcie w bezpiecznym miejscu, otrzymasz azyl polityczny na jakiejś dalekiej wyspie, nagle dostaniesz depresji. 

2. Drugi powód tłumienia bólu także jest jak najbardziej logiczny. Instynktownie wiesz, że psychopata to drapieżnik czuły na każdy przejaw Twojej słabości. To na niej przecież bazował Wasz związek. Wiesz zatem, że jeśli okażesz cień wahania, pozwolisz sobie na chwilę luzu, bezradności, braku kontroli - natychmiast będziesz go miała z powrotem na karku. Z różami, ciepłą herbatką, zimnym martini czy czego tam teraz akurat potrzebujesz. Zamieniasz się zatem w cyborga, żeby nie miał do Ciebie dostępu. I z czasem niestety, wchodzi Ci to w krew.

3. Kolejny powód ucieczki przed cierpieniem wynika z niechęci przyznania się do błędu oraz ze wstydu. Jest Ci tak strasznie głupio, że zainwestowałaś uczucia w taką kreaturę, że zostałaś tak potężnie nabrana i że tak strasznie dałaś się poniżyć, że chcesz się od tego jak najprędzej odciąć i zapomnieć o tym epizodzie w Twoim życiu. Do tego dochodzi jeszcze niechęć do przyznania się przed tym debilem, że tak bardzo był w stanie Cię skrzywdzić. Chcesz pokazać mu wielkie FUCK YOU i jak najszybciej zacząć wieść szczęśliwe życie. Tu nawet nie chodzi o tego konkretnego osobnika, bo jego samego rzeczywiście możesz mieć w dupie. Chodzi raczej o rodzaj "symbolicznego zwycięstwa" dobra nad złem i księżniczki nad chujem. Uważasz, że dość przez niego wycierpiałaś i dalsze tkwienie w bólu byłoby jakąś aberracją i niegodziwością. Do tego dochodzi jeszcze atawizm, który rządzi chyba większością związków. "Błysk żalu w oku byłego - bezcenny".  

Nie chcesz draniowi, który wyrządził Ci krzywdę pokazać swoich kolejnych łez, siwych odrostów, zmarszczek mimicznych, dodatkowych kilogramów, worków pod oczami i burdelu w chałupie. Chcesz być słoneczna i jędrna jak Pamela Anderson. Zwłaszcza, że drań epatuje szczęściem u boku nowej "miłości życia", którą faszeruje tymi samymi pieskami, kotkami i serduszkami, którymi wcześniej Ty rzygałaś jak kot. Wiesz o tym, wiesz, że to fikcja, absolutnie nie chcesz powrotu, a jednak atawistycznie Cię to wszystko wkurwia. I dlatego zaczynasz dbać o siebie, pięknie wyglądasz, uprawiasz sport albo seks, wyjeżdżasz na Kanary i Baleary, poprawia Ci to samopoczucie na tyle, że zaczynasz wierzyć w to, że udało Ci się odbić od dna i zacząć nowe życie. Tylko na dnie oczu wciąż pojawia ukrywana nawet przed samą sobą rozpacz.

4. Następna sprawa to KALIBER. Cierpienie jest tak duże, że instrynktownie wiesz, że przyjęcie go w całości wyłączyłoby Cię z względnie normalnego funkcjonowania. Nie możesz przecież pójść do pracy z paczką chusteczek, w piżamie i kapciach, obwieszczając szefowi: "proszę mnie przytulić, bo mnie potwornie dusza boli!". Tak więc starasz się fukncjonować, bo przecież trzeba-się-jakoś-w-życiu-wyrobić. A że współczesny świat niezależnie od psychopatów jest wystarczająco zimny, cyniczny i nastawiony na zysk, presja, jakiej podlegasz, jest ogromna. I nic dziwnego, że w pewnym momencie kończą Ci się zwyczajnie siły.

5. Kolejny powód tłumienia bólu, jaki przychodzi mi do głowy to chęć nadrobienia straconego czasu. Związek z psycholem to były łzy, kłótnie, matrix i piwnica, więc po jego zakończeniu chcesz szybko znów się śmiać, tańczyć, zobaczyć góry, morze i jeziora, cieszyć się życiem i chłonąć każdą jego chwilę. To się nawet udaje, ale za każdym razem tylko na jakiś czas. Wracasz do domu i znów Ci dziwnie, drętwo i smutno. 

6. Jeszcze jedna sprawa - uwarunkowania kulturowe. Wyparliśmy smutek i słabość z naszego życia. Nie chcemy ich, uciekamy przed nimi, źle nam się kojarzą, boimi się je okazać. Kiedy mówimy komuś o smutku, słyszymy: "pij, nie pierdol". Wyższe rejestry duszy kojarzą się ze stratą czasu i obniżeniem zawodowej efektywności. Zamiast płakać albo wpadać w odrętwienie, możesz przecież wypełnić cztery timesheety, dwie tabelki i rozwiązać siedemnaście case'ów. Oczywiście ASAP i bez fakapów. Smutek budzi w Tobie poczucie winy i nieprzydatności. Nie wierzysz, że bez spełniania wymagań przydatności i efektywności zawodowej masz wartość. To samo dotyczy zresztą związków. "Żaden facet nie chce ponurej dziewczyny" / "Uśmiechnij się, to będziesz ładniejsza" / "Schudnij, bo przecież nikt na Ciebie nawet nie spojrzy" czy też słynne: "Weź się w garść". No i spełniamy te prawdziwe czy wydumane oczekiwania, żeby tylko "nie wypaść z rynku". Nie wierzymy, że ktoś może nas kochać brzydkie, słabe i chore. I rzeczywiście wielu narcystycznych facetów tego nie potrafi. Tyle że po co Ci narcystyczny facet. Udawanie szczęśliwej przez całe życie też Ci nie jest do niczego potrzebne. 

Dlatego też ja, Wadera, postanowiłam zrzucić maskę. Pierdolę, nie robię. Makijażu, pierogów ani laski. Nie udaję szczęśliwej, bo nie jestem szczęśliwa, jestem smutna i potwornie zmęczona. Kurde, do smutku chyba trudniej się przyznać niż do orientacji homoseksualnej. Czuję się jakbym dokonała coming outu - tak, jestem nieszczęśliwa. I już nie mam siły z tym walczyć. Robię eksperyment - zamierzam to przeżyć. Jeśli okaże się, że mnie to pokonało, to dam znać, zadzwoni któraś z Was do Tworek. Ale chyba prędzej trafiłabym tam nadal zaklinając rzeczywistość i wypierając ból. 

Mój manifest na najbliższy czas:





piątek, 23 września 2016

Ja, bitka cielęca

Cielęca od cielęcej naiwności, a bitka oczywiście od bicia. Dziś będzie o naturze ran zadanych prez psychola i o tym, dlaczego tak strasznie długo się goją.

Każdego dnia jesteśmy ranieni. Myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem. Radzimy sobie z tym różnie. Czasem reagujemy złością, czasem smukiem, bólem, czasem czegoś się przy okazji uczymy. Bez zranień nie ma dojrzałości i nie ma głębi. Czym jednak różnią się rany "normalne" od tych zadanych przez psychola? Rana, żeby nas nie zabiła, musi zostać:

a) oczyszczona
b) opatrzona
c) zagojona - ergo: musi minąć czas.

W codziennym życiu i doznawaniu ran na ogół tak się właśnie dzieje. Coś nas boli, jest nam przykro, ale mamy szansę się wygadać (oczyszczenie), zostać wysłuchanym, zrozumianym, przytulonym (opatrzenie) i po pewnym czasie uspokajamy się, przetrawiamy doznaną krzywdę, a rana się goi. 

Relacja z psycholem nie daje nam na to najmniejszych szans. Nie mamy możliwości dostać wsparcia od kogoś, kto CHCE, żebyśmy były słabe, smutne i bezsilne. Nie mamy szans na żadne oczyszczenie, bo ono musi opierać się na prawdzie, a w związku z psychopatą kłamstwo jest codziennością. Nie mamy szansy dostać wsparcia z zewnątrz, bo psychol skutecznie nas kontroluje i odcina od potencjalnych źródeł wsparcia. Nie mamy także na nic czasu - bo cały nasz grafik jest szczelnie wypełniony myślami o tym, jak zadowolić psychopatę albo o tym, o co tu, k...., chodzi.

Tymczasem zadawane są nam kolejne ciosy. Pierwsze kłamstwo. Przepłakana noc, trzęsące się ręce, rozpacz, strach, chęć ucieczki. Manipulacje, sprzeczności, obietnice, potok słów, potok łez, dezorientacja. Pierwsze skierowane do nas przekleństwo. Znów chęć ucieczki, niedowierzanie, obrzydzenie, przerażenie, lęk, pustka. Pierwsze uderzenie. Szok, chęć zniknięcia, straszny wstyd i wycofanie do wewnątrz, z którego wychodzisz później latami. Jak jaskrawe, neonowe nitki w tej ciemności wplatają się w to wszystko zapewnienia o miłości, kwiaty, łzy, pozorowane choroby, obwinianie na przemian z samooskarżaniem, wielkie słowa i wielkie gówno. Wtedy właśnie rozregulowuje nam się wszystko. Nadmiar sprzecznych komunikatów prowadzi do zawieszenia systemu, a po kolejnych uderzeniach nasze serce zamienia się w jedną wielką krwawą miazgę i... przestaje czuć. 

To jest w tym wszystkim chyba najgorsze. Ta hibernacja. Psychola nie ma w moim życiu od ponad roku, a nadal czuję się "odcięta" od rzeczywistości. Najchętniej przebywam sama, bo wtedy nie muszę odbierać bodźców i nie czuję się zobowiązana reagować na nie. Ile można się uśmiechać "dla towarzystwa". I ile można też gadać o tym samym, wciąż przeżywając swoją krzywdę. Nikt poza innnymi ofiarami psycholi nie jest w stanie tego zrozumieć, więc w końcu przestaje się na ten temat mówić. A hibernacja trwa. Niby nie stale, są chwile radości, przeżywania piękna, zainteresowania czymś. Ale wystarczy lekki stres, żeby włączyć się mechanizm wycofania do skorupy. 

Nawet nie widać tego na zewnątrz. Pewnie wszystkie umiemy udawać dusze towarzystwa nawet wtedy, kiedy chce nam się wyć. W końcu czego innego uczyli nas psychopaci. Tyle że czujemy się wówczas tak strasznie samotne, że chce nam się gryźć palce do krwi. 

Szczerze? Nie wiem, jak temu zaradzić. Mechanizm "wycofania" włącza mi się prawie codziennie. Wystarczy odrobina bólu. Kiedyś reagowałam na zranienie emocjami, rozpaczą, walką. Dziś na ogół drętwieję. Nie czuję nic. Chciałabym, żeby to w końcu minęło, bo przecież nie sposób tak żyć. Gdzieś podświadomie czuję, że jednak trzeba gadać, wyrzucać wszystko z siebie, nie cenzurować własnych uczuć i myśli, że być może za wcześnie chciałam o wszystkim zapomnieć, oderwać się od bólu i zacząć nowe życie. Tyle tylko, że kiedy się ucieka, nie ma najmniejszych szans na ból, nie ma na to czasu. Później też nie ma czasu, bo przecież trzeba wstawać rano, chodzić do pracy, a w pracy udawać silną i kompetentną, żeby cię nie zwolnili. 

Mam wrażenie, że dopuszczenie do siebie całego bólu związanego z psycholem chyba by mnie zabiło. Z drugiej strony niedopuszczanie go to też zabójstwo - poprzez zamrożenie. Znów nie pamiętam, kiedy ostatnio płakałam. I kiedy się NAPRAWDĘ czymś całą sobą zajarałam - też nie pamiętam. Choć różne rzeczy mnie smucą i cieszą, to żadna tak w pełni i na maksa. I nawet chyba obawiam się chcieć zmienić ten stan rzeczy, bo "na maksa" kojarzy mi się właśnie z psycholem i jego "jedyną, największą, najmocniejszą miłością aż po GRÓB". 

Mam taką naturę, że jeśli nie robię czegoś na maksa, to się męczę, nudzę i czuję dyskomfort. A niestety ten sk....wiel odebrał mi chęć angażowania się w cokolwiek bez reszty. Chciałabym przestać żyć w cieniu tej traumy, ale nie jest to takie proste, jak mi się wydawało. Sorry, jeśli smęcę, ale wątek o DEREALIZACJI / zespole stresu pourazowego jest zapewne wspólny dla wielu z nas. 

Pozdrawiam Was wszystkie serdecznie!