niedziela, 3 maja 2020

Realne potrzeby czy emocjonalny szantaż?

Spróbujcie pracować w pogotowiu ratunkowym przez 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, bez wakacji, świąt, prawa do relaksu, możliwości wyłączenia telefonu. Tzn., przepraszam, z możliwością jego wyłączenia, ale ze świadomością, że jeśli na ten telefon będzie próbowała dodzwonić się najbliższa osoba i nie uda jej się to, będziecie odpowiedzialni za jej śmierć. I spróbujcie wytrwać w czymś takim rok, dwa, dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści lat. Jednocześnie pracując, prowadząc dom, starając się być przykładnym obywatelem i sympatycznym człowiekiem.

Tak mniej więcej czuje się człowiek poddany parentyfikacji. Na pierwszy plan wybija się stała czujność, gotowość do "akcji", do bycia "wezwanym". Nie chodzi tu nawet o to, do czego będziemy wzywani. Rodzic z pewnością nam powie, że to, czego chce, to "odrobina zwykłej, ludzkiej przyzwoitości" bądź nasz "psi obowiązek". I my sami także w to uwierzymy i zaczniemy czuć się winni, że mama prosi "tylko o odrobinę uwagi", a my mamy ochotę krzyczeć i rozwalać ściany niczym Jack Nicholson w "Lśnieniu".

Rzecz jednak nie tkwi w "drobnych przysługach" czy "odrobinie uwagi". Tu nie chodzi o "odrobinę" uwagi, ale o STAŁĄ UWAGĘ na KAŻDĄ potrzebę. Taką, jaką się ma w stosunku do całkowicie zależnego od nas niemowlaka. O ile prawidziwy niemowlak wyrażając swoje potrzeby po prostu płacze, o tyle dorosły "niemowlak" dysponuje całym arsenałem środków psychomanipulacji, których nie waha się stosować, jeśli będziemy próbowali powiedzieć "nie". Niemożność odmowy to drugi powód, dla którego czujemy wściekłość i bezsilność przy "drobnych prośbach". Zdrowa relacja dwóch dorosłych osób zakłada zarówno możliwość poproszenia o przysługę czy wsparcie, jak i możliwość odmowy bez uciekania się do przemocy emocjonalnej.

W realacji ze stosującym parentyfikację rodzicem nie ma możliwości bezkolizyjnej odmowy. Rodzic nie traktuje nas z szacunkiem należnym każdemu człowiekowi, wymagając od nas stałej dostępności i dyspozycyjności emocjonalnej i nazywając to "okazywaniem szacunku". Wyraźnie daje nam do zrozumienia, że każda odmowa rani go, rozczarowuje, wpędza w smutek, rozpacz albo utratę sił. Rodzic uczy nas serwując przez lata rozmaite podprogowe komunikaty, że jesteśmy jedyną osobą na świecie, od której zależy nie tylko szczęście, ale w ogóle byt na tej ziemi.

A że kochamy go i chcemy, żeby był szczęśliwy, boimy się go utracić (a jednocześnie wierzymy we wszystko, co mówi, bo to on jest naszym podstawowym, a często jedynym źródłem wiedzy o świecie i o nas samych), staramy się wykonywać jego polecenia, z których głównym jest nieformalny postulat stałej gotowości emocjonalnej do spełniania jego materialnych bądź emocjonalnych potrzeb.

W efekcie niszczone są nasze randki, spotkania towarzyskie, wyjazdy, samodzielne plany, marzenia, wszystko to, w czym z różnych powodów rodzic nie może uczestniczyć. Nasze niezależne od rodzica aktywności (zwłaszcza grożące zajęciem jego miejsca na twojej mapie emocjonalnej przez patnera romantycznego) są sabotowane, deprecjonowane, ośmieszane bądź zwalczane wprost. Jeśli taka "tresura" potrwa odpowiednio długo, sami już nauczymy się "żyć na smyczy"  pozwalając sobie na tyle tylko wolności, na ile "zgodzi" się nasz rodzic. W efekcie wpadamy w depresję, tracimy poczucie tożsamości i zaczynamy wegetować zamiast żyć. Udając jednocześnie przed rodzicem, że nie jest z nami wcale tak źle - nie chcemy przecież go martwić ani narażać się na jego gniew.

Paradoksalnie potrzeby materialne są łatwiejsze do spełnienia niż te emocjonalne. Jeśli są one jasno sformułowane, realne i dotyczą faktycznie spraw, w których chcemy i możemy pomóc, a których rodzic nie może zaspokoić sam z uwagi na wiek czy stan zdrowia, nie ma w tym nic złego. Doświadczenie osób parentyfikowanych pokazuje jednak, że wyrażanie potrzeb materialnych dotyczy często spraw, które rodzic potrafi i może załatwić sam, ale nie chce tego robić.

Wiek i zły stan zdrowia to także okoliczności często przez parentyfikującego rodzica naciągane i wykorzystywane. Jako dzieci jesteśmy nauczeni tego, że rodzice mają zawsze rację, toteż jeśli oni sami nie będą wobec nas na tyle uczciwi, żeby nie wykorzystywać swojej oczywistej w relacji zależności przewagi, będzie nam trudno zobaczyć, że jesteśmy wykorzystywani.

Jeśli nie spróbujemy uzyskać psychicznej autonomii odcinając się od emocjonalnej zależności od rodzica, będziemy reagować w sposób automatyczny, nie tyle już nawet odpowiadając na rzeczywiste potrzeby naszego rodzica, ale bezbłędnie odgadując te niewyrażone wprost, ale na rozmaite sposoby przekazane podprogowo.

Stała czujność, fałszywe "ja", toksyczne związki

Jeśli doświadczyliśmy parentyfikacji, czyli toksycznego odwrócenia ról, prawdopodobnie cierpimy na różnego rodzaju zaburzenia psychosomatyczne, depresję i niskie poczucie własnej wartości. Nie umiemy ułożyć sobie życia - szczególnie w aspekcie uczuciowym. Wybieramy na partnerów osoby niedostępne emocjonalnie, narcystyczne, psychopatyczne, bądź w ogóle unikamy bliskości emocjonalnej. Jednocześnie rozpaczliwie tej bliskości potrzebujemy i relacja pomiędzy naszymy potrzebami a nieumiejętnością ich zaspokojenia staje się źródłem ogromnego cierpienia.

Dlaczego tak się dzieje? Przede wszystkim, jeśli doświadczyliśmy parentyfikacji, nie znamy tak naprawdę własnych potrzeb, a nasza tożsamość jest niejako "scalona" z tożsamością rodzica. Zostaliśmy nauczeni, że zaspokajanie jego potrzeb materialnych bądź emocjonalnych jest naszą podstawową misją życiową, toteż realizację własnych potrzeb odkładamy na bliżej nieokreślony czas. Czas, który nigdy nie nadejdzie, jeśli będziemy czekać, aż w końcu nasz niedojrzały rodzic udzieli nam błogosławieństwa na dalsze, dorosłe życie.

Zajmując się dbałością o emocjonalny dobrostan rodzica i czując stałą odpowiedzialność za niego, nie mamy bezpiecznej przestrzeni emocjonalnej na poznanie siebie, ukształtowanie własnej osobowości i realizację własnego potencjału - zwłaszcza tego uczuciowego. Jesteśmy także w stanie niezwykle destrukcyjnego dla naszej psychiki ciągłego napięcia i czujności - jakbyśmy pracowali w pogotowiu ratunkowym, tylko bez możliwości zakończenia dyżuru i zajęcia się własnymi sprawami.

 Nigdy nie wiadomo, kiedy rodzic nas wezwie, jakie działanie nam przerwie i jakiego rodzaju wsparcia będzie się od nas domagał. Jesteśmy nauczeni, że powiedzenie "nie" oznacza odrzucenie, niezadowolenie, wpędzanie w poczucie winy bądź "karanie ciszą", toteż aby tego uniknąć, staramy się być cały czas do dyspozycji. Wówczas nie możemy tak naprawdę ani się wyluzować i przeżywać spontanicznej radości, ani poświęcić swojej uwagi zajęciom czy ludziom wymagającym od nas długofalowego i głębokiego zaangażowania emocjonalnego.

Podświadomie pozostajemy w trybie "stand-by", wybierając ludzi i rodzaje zaangażowań, które w każdej chwili możemy "porzucić", kiedy zostaniemy "wezwani". Kiedy decydujemy się na życie własnym życiem, mówiąc rodzicowi "nie", nawet jeśli w sensie formalnym zrealizujemy nasze zamierzenia, emocjonalnie przeżywamy ogromny dyskomfort związany z wielkim poczuciem winy czy rozpacz tkwienia w stałym konflikcie wewnętrznym (np. pomiędzy potrzebami rodzica a potrzebami innej osoby, na której nam zależy).

Bywa, że buntujemy się, ale poczucie winy, w które wówczas jesteśmy wpędzani oraz litania najgorszych oskarżeń skutecznie nas od tego odwodzi. Wciąż przecież zależy nam na dobrym kontakcie z rodzicem, a przede wszystkim - czujemy się za niego odpowiedzialni, niczym za malutkie dziecko. A dziecka nie można przecież porzucić - nawet wtedy, gdy się złości.

Ten model relacji przenosimy na inne związki emocjonalnie. Kiedy w życiu dorosłym spotkamy kogoś, kto zechce forsować nasze granice, nie szanuje naszego "nie", wpędza w poczucie winy i domaga się stałej uwagi, stajemy się wobec takiej osoby "bezbronni emocjonalnie". Czujemy, że coś jest nie tak, ale nie umiemy się bronić, ponieważ taki model emocjonalnego funkcjonowania jest podstawowym, jaki znamy. Wiemy też z doświadczenia, że każda próba stawiania granic takim osobom, kończy się "krwawo" i chcemy uniknąć kolejnych awantur czy bólu emocjonalnego odrzucenia.

Póki jednak się na niego nie zgodzimy, nie przyjmiemy do wiadomości, że zostaliśmy psychicznie okaleczeni, nie uznamy swojej krzywdy i nie przepracujemy związanej z nią żałoby, prawdopodobnie będziemy powielać schemat relacji zależnościowych, niszcząc nadal własne wnętrze. Bądź - wykończeni ciągłym kołowrotkiem - w ogóle wycofamy się z relacji, wpadając w depresję.

Zmierzenie się z własnym bólem - choć wydaje się skokiem w ciemną otchłań - jest jedyną drogą do stopniowego uzdrowienia, a przede wszystkim - (od)zyskania własnej tożsamości.

sobota, 2 maja 2020

Czym jest parentyfikacja i dlaczego tak trudno ją odkryć?

Parentyfikacja to inaczej odwrócenie ról w rodzinie - sytuacja, kiedy to dziecko przejmuje opiekę (materialną bądź emocjonalną) nad rodzicem. Jej przyczyny są złożone i nimi zajmiemy się później, bo wychodzenie od szukania okoliczności łagodzących usprawiedliwiających destrukcyjne zachowania rodzica to też jeden ze skutków parentyfikacji :)

Z odwróceniem ról mamy do czynienia wtedy, kiedy dziecko wychowywane jest w taki sposób, aby nabrało przeświadczenia, że jego odpowiedzialnością i rolą życiową jest zapewnienie dobrostanu materialnego i / lub emocjonalnego rodzicowi. Choć częściej zauważana bywa parentyfikacja materialna (dzieci pracujące, aby utrzymać rodzinę, przejmujące na siebie wszystkie obowiązki domowe), to bardziej destrukcyjna jest parentyfikacja emocjonalna, ponieważ prowadzi ona do nieprawidłowego ukształtowania psychiki i dużej podatności na wykorzystanie w życiu dorosłym. Stąd też podatność na związki z psychopatami, mobbing etc.

Parentyfikacja jest formą PRZEMOCY EMOCJONALNEJ o wielkiej sile destrukcyjnej, na ogół dobrze ukrytej. Dzieje się w czterech ścianach, zazwyczaj bez świadków. Ten sam rodzic, który wykorzystuje i terroryzuje dziecko, na zewnątrz prezentuje na ogół obraz osoby wrażliwej, delikatnej, subtelnej, ewentualnie nieco bezradnej, może czasem nadopiekuńczej.

W ten obraz święcie wierzy także dziecko. To na nie projektowane są wszelkie negatywne cechy rodzica, przez co ono samo uważa, że jest kimś z gruntu złym, nie zasługującym na szacunek ani respektowanie granic. Do tematu granic jeszcze wrócę, gdyż jest on czymś podstawowym dla nieprawidłowego ukształtowania osobowości pod wpływem parentyfikacji.

Parentyfikację trudno odkryć z dwóch powodów - po pierwsze krzywdziciela chroni tabu kulturowe. Mówienie "źle" o rodzicach, a zwłaszcza o MATCE jest w naszej kulturze odbierane negatywnie. Po drugie, osoba krzywdzona przez długie na ogół lata nie ma najmniejszej świadomości tego, że jest wykorzystywana. Uważa istniejący stan rzeczy za normalny, a siebie za kogoś, kto na inne traktowanie nie zasługuje. Bądź nie wie po prostu, że może być inaczej, bo przecież wiedzę o sobie i o świecie czerpie od swojego opiekuna, który na ogół bardzo niechętnie przyjmuje wszelkie formy konfrontowania jej ze światem zewnętrznym. Często dopiero poszukiwanie przyczyn katastrofalnych wyborów dokonywanych w życiu dorosłym skłania nas do pytań o ich źródła. Bywa też, że zaburzenia psychosomatyczne i psychiczne wywołane parentyfikacją (depresja, bóle niewiadomego pochodzenia, problemy z odżywianiem) naprowadzają nas na ten właśnie trop.

Przeżywamy wówczas ogromną złość i smutek, przemieszane z gigantycznym poczuciem winy, bo odkrywamy zarazem swoją krzywdę, jak i tracimy poczucie tożsamości - ukształtowanej przez przemocowego rodzica. A jednocześnie nasze "fałszywe ja" (póki co, nie mamy na ogół innego) nadal za wszelką cenę chce bronić pozytywnego obrazu rodzica w naszych oczach, nadal kosztem siebie. O konkretnych przykładach zjawiska parentyfikacji napiszę w kolejnej notce.

czwartek, 30 kwietnia 2020

Parentyfikacja, czyli "jestem swoim własnym dziadkiem"

Cześć, Ziomy :)
Dawno mnie nie było. Co robiłam przez ten czas? Seszele, opalanie, radość życia i dyskoteka? A może wielka miłość, szybki ślub, szóstka dzieci i domek pod lasem? Otóż NIE. Spędziłam półtora roku na zwolnieniu lekarskim z powodu ciężkiej nerwicy. Trafiłam też na oddział dzienny leczenia nerwic na terapię grupową, gdzie w grupie znalazł się... psychopata :D Serio. Do tej pory nie wiem, co ten człowiek tam robił, ale było to przeżycie traumatyczne. Nie chcę jednak w ten sposób zniechęcać nikogo do terapii, generalnie słyszałam o wielu bardzo pozytywnych doświadczeniach. Natomiast ja, jak zwykle, miałam "szczęście" :)

Nie o tym jednak będzie dalsza część bloga. Chciałam poruszyć w niej temat relacji rodzinnych, a ściślej - parentyfikacji, ponieważ uważam, że może ona stać za naszymi nieświadomymi decyzjami w życiu dorosłym - także tymi o wyborze psychopaty czy innej toksycznej osoby na partnera życiowego.

Czym jest parentyfikacja? W skrócie mówiąc - to odwrócenie ról rodzinnych. kiedy to dziecko staje się opiekunem własnego rodzica, czyli... swoim własnym dziadkiem.
Często dochodzi do niej w rodzinach niepełnych, kiedy matka po rozstaniu z ojcem dziecka poszukuje opieki i wsparcia nie u innych dorosłych, ale u własnego dziecka. Tak było u mnie, jednak nie musi to być regułą. Zainteresowanym literaturą przedmiotu polecam z całego serca książkę prof. Katarzyny Schier pt. "Dorosłe dzieci" - zawiera dużo pogłębionej wiedzy fachowej. A ja postaram się podzielić z Wami swoimi doświadczeniami. Tradycyjnie jestem otwarta na sugestie tematów :)

niedziela, 3 lutego 2019

Toksyczny związek a toksyczny szef

Pierwsze przemówiły Tatry. 
Po pół roku "pracy" w trybie 24, a raczej 48/7, zdecydowałam się odebrać dzień wolny, chyba za 11.11. Pojechałam w góry, żeby trochę pomyśleć i dowiedzieć się, jak się nazywam. W "pracy" jazda, więc i tak myślałam o tym, co tam się dzieje, ale góry dały mi znak. Zostawiłam telefon służbowy do ładowania i ktoś go strącił na kamienną posadzę. Na ekranie pajęczyna, a w mojej głowie myśl: "O-ho! Góry nie tolerują tego, co tam się dzieje".

Dwa miesiące później przeżyłam pierwszy poważny atak paniki. Potem problemy z sercem, snem, jedzeniem, wszystkim. Trafiłam na L4 i serię badań. Do tamtego miejsca "pracy" nie zamierzam wracać. Nie sądziłam, że to napiszę, ale to było chyba gorsze doświadczenie niż związek z psychopatą. Może nie gorsze, inne. Psychopata to zaangażowanie serca, a praca - umysłu. Czasem miałam wrażenie, że łatwiej uspokoić rozdygotane serce niż nakręcony umysł. Choć właściwie związek z psycholem to przecież także konkretne pranie mózgu. 

W pracy przeżyłam regularny mobbing. Kłamstwa, chamstwo, przemoc, dezinformacja, uniemożliwianie wykonywania zadań, sprzeczne polecenia, bezpodstawne ataki, angażowanie do pracy non stop, łącznie z wieczorami, nocami i weekendami, nagonka, donosy, krzyki, wulgaryzmy, coś niesamowitego. Z perspektywy czasu widzę, że powinnam wiać po pierwszym skierowanym w moją stronę wulgaryzmie. Wtedy miałam zdrową reakcję - sprzeciw, niedowierzanie, odrzut. I trzeba było po prostu podziękowac uprzejmie i odmówić uczestnictwa w tym cyrku. Nie zrobiłam tego jednak i widze tu pewne analogie z brnięciem w relację z psychopatą. 

W takiej relacji też pojawiają się przecież światełka ostrzegawcze - pierwsze zwiastuny chamstwa, pogardy, kłamstw czy zastraszania. O ile na agresję w relacjach romantycznych już się nie godzę, o tyle zgodziłam się na nią w relacji służbowej. I chyba warto zanalizować powody, bo korzeń tego mechanizmu może być identyczny, co w toksycznych związkach - rodzaj autodestrukcji, braku szacunku do siebie czy poczucia wartości. I wynikający z tego brak umiejętności stawiania granic, a nawet nieświadomość konieczności ich stawiania i prawa do nich. 

Czułam się Hiroł-Waderą po ucieczce od psychola, a tymczasem trafiłam na kolejnego, w pracy. Coś zatem poszło nie tak. Przyjrzyjmy się zatem analogiom między trwaniem w toksycznej relacji romantycznej a trwaniem w toksycznej relacji służbowej.

- Niedowierzanie samej sobie. Koronny mechanizm pozwalający agresorom wkraczać na nasze terytorium. "Wydawało mi się", "Może nie jest tak źle", "Może tak mu się powiedziało", "Może to tylko tak w nerwach" etc.

- Złudzenie, że da się zmienić agresora. "Jak zrozumie, że to mnie krzywdzi, to zrobi mu się przykro i przestanie to robić", "Muszę tylko udowodnić, że jestem w porządku, a wtedy na pewno mnie doceni i przestanie oskarżać" etc.

- Mechanizm hazardzisty. "Tyle zainwestowałam, że szkoda teraz się wycofać", "To niemożliwe, żeby wypruwanie sobie żył nie przyniosło pozytywnego skutku". 

- Niechęć do przyznania się do porażki. "Wyjdę na histeryczkę", "Nikt nie jest doskonały", "Trzeba się godzić na jakieś poświęcenia" etc.

- Uzależnienie od adrenaliny.

- Lęk.

Wymieniać można jeszcze długo, ale przytoczone przykłady wskazują jasno na korzenie problemu - niedostateczny szacunek do siebie i wynikający z tego brak poszanowania własnych granic. 

Jak temu zaradzić? Przestać szukać potwierdzenia swojej wartości na zewnątrz. W związkach, pracy, wyglądzie, pieniądzach, rodzinie, przyjaciołach... Baaaaa. Nie jest to najłatwiejsze zadanie. I nie chodzi oczywiście o rzucenie pracy, męża, przyjaciół i pasji. Przeciwnie - to wszystko dobre i konieczne wartości w naszym życiu (oczywiście w wydaniu normalnym, nie toksycznym). Chodzi jedynie (ta, jedynie... :)) o zbudowanie szacunku do siebie NIEZALEŻNEGO od tego, co powie nam mąż, żona, rodzic, dziecko, przyjaciel czy pracodawca. 

Jak to się robi? P O W O L I. Od prawie roku chodzę na terapię, od prawie pół roku - na spotkania 12 kroków. Postęp jest, ale baaaardzo powolny. Trochę w rytmie: "trzy kroki do przodu i dwa do tyłu". Cierpliwość nie jest moją najmocniejszą stroną, ale mam szansę to zmienić ;)

Gdybym widziała jakieś inne wyjście niż powolna i konsekwentna praca na terapii i warsztatach, zapewne bym je zastosowała. Jednak uderzenie głową w mur (związek) a potem poprawienie drugim uderzeniem w kolejny (praca), zmusiło mnie do zaprzestania ucieczek. 

Nie jest to najłatwiejsze, czuję się z grubsza jak Bezbarwny Seler Naciowy, ale ataki paniki były takim hardkorem, że wyznaczyły mi teren, po którym mogę się poruszać - oparty na dbaniu o siebie, odcinaniu się od agresorów, szacunku do siebie, stawianiu granic (tzn. PRÓBACH stawiania granic ;), śnie, słońcu (zimą: dziurawcu ;) i ruchu na świeżym powietrzu. 

Nie mam wielkich celów i marzeń, skupiam się na każdym dniu, żeby był małym krokiem do przodu. Ale może tak na razie ma być - wielkie marzenia o wielkich miłościach i wielkich osiągnięciach, narażają na wielkie kłamstwa. Wielkie miłości i wielkie osiągnięcia czasem przychodzą w wielkiej ciszy i wielkiej pokorze. 

Takie to myśli w ten szary dzień lutowy, postaram się pisać częściej, bo już chyba mam na to siłę i nie zajmuję się gaszeniem bieżących pożarów. Są jakieś zamówienia na tematy kolejnych notek? 

Uściski dla Was wszystkich :)

poniedziałek, 26 lutego 2018

Gwałt na otwartym sercu

Dearest Girls. Macie rację, psychopata jest jak gwałt. Jak napisała jedna z Was w komentach: "Można udawać,że się nie pamięta.... ale flashbacki wciąż wracają... mimo upływającego czasu...". 

Ja akurat nie mam flashbacków, tylko bardziej Mrożoną Rybę / zabetonowany grób. Tak pogodnie bym to określiła :) Ale że to gwałt, to się zgadzam. Tym właściwie jest "relacja" z psychopatą - gwałtem na emocjach, uczuciach, a przede wszystkim - sercu. I chyba serce najmocniej to pamięta. Tak, jak zgwałcona kobieta może mieć problem z seksem, podobny mechanizm dotyczy uczuć. Serce pamięta traumę i za wszelką cenę unika bliskości. Szczerze mówiąc, to jestem tym już chyba nawet zmęczona i chyba bym się już z dwojga złego ;) wolała w kimś nareszcie zakochać. 

Dziś miałam okazję, bo spotkał mnie Chamski Zimowy Podryw. Poszłam na łyżwy (moje ostatnie odkrycie, pasja, sens życia, radość i ból) i zagadywał mnie jakiś koleś. Dał do zrozumienia, że wprawdzie jest żonaty, ale tutaj akurat jest sam ze znajomymi i że może by tak zachować dyskrecję i jakoś dłużej pogadać. Spojrzałam na niego oczami, w których mieniły się na przemian wielkie moherowe berety i czarne pistolety, powiedziałam, że życzę udanej i SZYBKIEJ jazdy i natychmiast się ulotniłam. 

O gościu szkoda gadać, ale o łyżwach warto. Spieszę donieść, że TO (ruch, słońce, świeże powietrze) jednak jakoś DZIAŁA. Oczywiście, znam z autopsji ostre stany depresji, kiedy nie ma się sił nawet wypowiedzieć słowa "łyżwy", a co dopiero ubrać się i wyjść z domu, ale w stanie depresji umiarkowanej, sport pomaga. Być może łatwiej mi się zmobilizować na totalnym wkurwie, bo mam w pracy gościa, który zadaje pytania / wydaje polecenia w takim stylu i takim tonem, że depresyjnego flaka / wyluzowanego rastamana / kwiat lotosu / buddyjskiego mnicha potrafi w dziesięć sekund zamienić w bombę atomową, która zmiotła z powierzchni ziemi Hiroszimę. 

Ujmujący koleś. Jako że nie piję, a muszę jakoś odreagować, to po serii niszczenia poduszek / rzucania o ścianę kostkami lodu (jak furia, to tylko ekscentryczna, Baronowo!), w końcu w pokorze sięgnęłam po Stare, Wszędzie Opisywane Metody, które zazwyczaj wydawały mi się zbyt banalne, jak na moją skomplikowaną i artystyczną duszę. I co? I działa. Kupiłam sobie ekstra figurówki i chodzę prawie codziennie :) Jeśli z tego wszystkiego rozpocznę spóźnioną karierę sportową, to pierwszy medal olimpijski zadedykuję temu wkurwiającemu facetowi :)

Wracając do meritum - samotność mnie zarazem nudzi i nie nudzi. Dobrze się czuję we własnym towarzystwie i potrzebuję sporo czasu w izolacji, męczy mnie bardzo nadmiar bodźców. Ale zarazem mam jednak poczucie, że są przecież na mapach przeżyć, uczuć i myśli, takie rejony, do których dotrzeć można tylko we dwoje. I zwyczajnie pochodziłabym też na spacery do lasu, a sama się boję. 

Nie mam pojęcia, jak to dalej będzie wyglądało, bo przecież nie jest łatwo spotkać prawdziwą bratnią duszę, nie jest łatwo zaufać tej duszy i sobie, nie jest łatwo wytrwać i się nie zniechęcić jakimiś głupotami, nie jest łatwo odróżnić te głupoty od spraw poważnych. 

W każdym razie - chciałabym z kimś być, ale chyba jeszcze nie teraz :)))) Pozdrawiam Was gorąco i mam nadzieję, że macie się dobrze. Dziękuję za wszystkie miłe i ciepłe słowa. Zamawiacie jakiś konkretny temat następnej notki?

piątek, 26 stycznia 2018

Praca na kaca nie zawsze popłaca

Właśnie odkryłam, że jestem w toksycznym związku. Z szefem! Na szczęście nie mieszkam z nim, nie kocham go, nie mam z nim dzieci ani nawet nie pocałowałabym go w rękę ani policzek, natomiast moja relacja z zakładem pracy zaczyna niebezpiecznie przypomimać psychozwiązek. 

Wypiszmy zatem cechy wspólne:
1. Stałe zajęcie myśli robotą.
2. Analizowanie, co mogłam zrobić inaczej, co zrobiłam źle i czy to ja jestem nienormalna, czy on/i.
3. Stałe poczucie winy bez określonej przyczyny.
4. ZMĘCZENIE.
5. Brak satysfakcji.
6. Nieokreślona nadzieja na "coś", co sprawi, że będzie INACZEJ.
7. Przyzwyczajanie się do chorej sytuacji i syndrom ofiary.
8. Sekwencja: "krzywda" -> niedowierzanie -> bunt -> otępienie / bezradność.
9. Stopniowe pomniejszanie poczucia własnej wartości.
10. Trudność w zmianie krzywdzącej sytuacji.

Nie wiem, kiedy kończy się branie trudności i nieprzyjemności na klatę, "bo z czegoś trzeba żyć", a kiedy zaczyna się uzależnienie od toksycznego klimatu. Z jednego sobie na pewno zdałam sprawę - wyjść z uzależnienia jest NAPRAWDĘ MEGA TRUDNO. A taka byłam zadowolona, że nie piję alkoholu, a palę tylko od czasu do czasu. I chociaż za chlanie albo toksyczne związki nikt nie płaci, to nadal uzależnienie od pracy jest uzależnieniem, a nie rozwojem. O tyle trudne jest to uzależnienie, że zasada "zero kontaktu" nie bardzo ma tu zastosowanie :) Co proponujecie? Macie jakieś doświadczenia? A może każdego szefa odbiera się jako zło wcielone i wyolbrzymia jego wady? 

....jeny, sam ten post świadczy o tym, że mam świra - piątek wieczorem, a ja smęcę o robo :O