poniedziałek, 12 października 2015

Ta cholerna uprzejmość


- Trzeba zawsze mieć czas dla drugiego człowieka.
- Jeśli ktoś prosi cię o pomoc, nie możesz mu przecież odmówić.
- Bądź grzeczna i uprzejma, zwłaszcza dla starszych.
- Rozmowę telefoniczną kończy zawsze ta osoba, która ją zaczęła.
- Każdy zasługuje na drugą (trzecią, pięćdziesiątą, pierdyliardową) szansę.

...i tak dalej.

Niby wszystko fajnie, pięknie, dobroć, uprzejmość i cywilizacja miłości. Tyle że właśnie - MIŁOŚCI. A nie naiwności. Trudno to czasem oczywiście odróżnić i absolutnie nie chcę namawiać nikogo do chamstwa, ale wiem też, że czasami aktem miłości bywa właśnie POSTAWIENIE GRANIC. Nie tylko wobec siebie, wobec drugiego człowieka również. Na warsztatach 12 kroków uspokojono mnie, że w pewnych sytuacjach aktem miłości może być nawet wezwanie policji. Nie ma to nic wspólnego z hejtem, to jest postawienie granic złu - co służy także osobie wyrządzającej zło.
Oczywiście to ekstremalny przykład, ale akurat taki z życia ;)

Jeśli nie stawiamy granic, kończy się to albo maratonem w rodzaju "spotkam się z nim / nią, bo on/a mnie potrzebuje / jest taka biedna/y / mówi, że ma doła i że nie ma na kogo liczyć", "potem pogadam z nim/nią, bo podobno tylko ja jej mogę pomóc", "zawiozę jej / jemu kota o weterynarza, bo przecież mam samochód, a on/a nie", "wieczorem usiądę do zlecenia, które wzięłam w pracy na siebie, chociaż w sumie powinna to robić moja koleżanka, no ale ona ma małe dzieci, a ja nie" ...i tak dalej, i tak dalej. Scenariuszy może być kilka.

1. Zaharowujesz się tak dopóty, dopóki masz jeszcze choć trochę siły / możliwości /czasu / pieniędzy, a w końcu zaczynasz chorować / wpadasz z frustracji w alkoholizm.

2. Zaharowujesz się do pewnego momentu, aż wreszcie na prośbę przemiłego, starszego pana z laską o przeprowadzenie go przez ulicę, warczysz: "NIEEEEEE!!!!! NIECH KTOŚ INNY PANA PRZEPROWADZI, JA MAM DOŚĆ, JA MAM CAŁY ŚWIAT NA GŁOWIE, JA SIĘ ZARAZ ZABIJĘ, A WCZEŚNIEJ ZABIJĘ PANA!!!", po czym natychmiast reflektujesz się, zaczynasz go wylewnie przepraszać, nie tylko przeprowadzasz przez ulicę, ale i odprowadzasz do domu, po czym oferujesz pomoc w sobotnich zakupach.

...i dalej, jak wyżej - przepracowanie, frustracja, alkoholizm, śmierć ;)

Jak widać, sprawa jest poważna. Jeszcze poważniejsza staje się wtedy, kiedy zwiążemy się z psychopatą. Wtedy postawienie granic i trzymanie się ich (mimo potężnych ataków) staje się kwestią życia i śmierci już w sensie jak najbardziej dosłownym. Psychopata nie wybierze sobie zresztą na ofiarę nikogo, kto umie stawiać i utrzymywać zdrowe granice.

Jak się tego nauczyć? Dla każdego to sprawa indywidualna, ale warto pamiętać o dwóch prostych zasadach - jeśli się PADNIE, to już nikomu się nie pomoże, toteż dbanie o własne podstawowe potrzeby (w tym o czas na bycie samemu, refleksję, przyjemności i odpoczynek) jest nie tylko naszym prawem, ale i obowiązkiem. Uznanie tego jest aktem POKORY - jesteśmy ludźmi i nikt z nas nie jest wszechmocny ani nie jest w stanie zaspokoić wszystkich potrzeb całego swojego otoczenia. Druga fundamentalna zasada w stawianiu granic - na zdjęciu poniżej.


niedziela, 11 października 2015

JEDZ!

Co robi wampir? Pije. Krew można rozumieć metaforycznie, chodzi wszak o życiodajne soki. Psychopata żywi się twoją uwagą, emocjami, a wkrótce i nieszczęściem. Łamanie kodu dostępu do Ciebie przypomina przebijanie skóry na szyi przez wampira. To może na początku wydawać się interesujące, dziwne, tajemnicze, mroczne i ekscytujące. Po chwili jednak jesteś półprzytomna, kręci ci się w głowie, jest ci niedobrze i marzysz o natychmiastowej transfuzji. A to już nie takie proste, bo wampir nie pozwoli dobrowolnie zabliźnić się ranie na twojej szyi. Ty z kolei nie masz siły, żeby go od siebie odpędzić. Nie masz jej, bo sama nakarmiłaś go swoją krwią - on jest przez to silniejszy, a ty - słabsza. 

No i co teraz? Konieczne jest wezwanie dzielnych rycerzy ze świata Dobra. Modlitwa, prośba bliskich o pomoc, wizyta u psychiatry, terapia, grupa wsparcia, warsztaty 12 kroków - wszystko to wydaje się trudne, nierealne i niemożliwe, kiedy jest się w Fazie Rozjechanego Jeża, ale to tylko pozory - kiedy już się ZACZNIE, okazuje się, że bliskość innych ludzi działa jak transfuzja. Powoli odzyskuje się siły i wraca do normalnego świata.

...z naciskiem na "POWOLI". Pewnie bywa różnie, ale z tego, co czytałam, dochodzenie do siebie po ataku wampira trwa dość długo. Najtrudniej oczywiście wyłączyć mózg - ten męczący tryb stałej czujności i strachu. A kiedy to się nareszcie uda, wtedy z kolei PADA SIĘ NA PYSK. Tak czułam, że życie non stop na adrenalinie (bo tak spędziłam ponad rok) musi odbić się na zdrowiu. Zwłaszcza, że nie da się wtedy za bardzo jeść ani spać. Odsypianie wampira trwa u mnie też już któryś miesiąc. Spałabym non stop, chodzę nieprzytomna i myśl o tym, że miałabym zarwać noc, napawa mnie przerażeniem. Z rockandrolla został jedynie "roll". Ale nic to, po rekonwalescencji znów będę tańczyć na stole. Tym razem w rytm WŁASNEJ muzyki, a nie w jakimś chorym transie.

Rady dla uskarżających się na Powampiryczny Brak Sił Witalnych (PBSW):

1. JEDZ. Wiem, że to babcina rada i wiem, jak bardzo się nie ma apetytu, kiedy przeżywa się mega stres, ale na własnej skórze przekonałam się, że wyniszczony organizm naprawdę bardzo słabnie jeśli olewa się jedzenie. Tyle że żeby móc jeść, trzeba się trochę uspokoić. W fazie ostrej polecam leki - trudno, czasem trzeba, a później - wyłączanie mózgu poprzez RUCH. Wiem, jaką ma się ochotę na ruch, kiedy ledwo żyje się z osłabienia, ale kiedy uda nam się jakikolwiek wysiłek fizyczny (spacer albo basen, żadne tam broń Boże maratony), istnieje duża szansa, że się trochę uspokoimy i zgłodniejemy, a wtedy możemy wzmocnić się jedzeniem).

2. PIJ. Alkohol rzecz jasna nie służy. Oczywiście, wyłącza na chwilę mózg i to przynosi ulgę, ale po pierwsze - rozregulowuje emocje (co grozi chwyceniem za telefon i wydzwanianiem co 10 minut do psychopaty i powtarzaniem cennego komunikatu, że zniszczył nam życie), a po drugie - wyjaławia organizm z pierwiastków mineralnych. A dla zestresowanego człowieka magnez jest na wagę złota. Trzeba więc pić wodę, i to w dużych ilościach. Nafaszerowany toksynami organizm potrzebuje oczyszczenia. Najlepiej wybrać wodę zawierającą właśnie magnez - wzmocnimy serce i uspokoimy się nieco.

3. MÓDL SIĘ. W wyzwalaniu się ze szponów wampira duchowość odgrywa w moim przekonaniu kluczową rolę. Poświęcę jej wkrótce osobną notkę, teraz zaznaczę tylko, że świadome zwrócenie się o pomoc do Boga, uświadomienie sobie, że nie jest się z tym wszystkim samej, może nam bardzo dodać sił.

4. OTACZAJ SIĘ DOBRYMI LUDŹMI. Wampir zapewne skonfliktował cię z niemal wszystkimi Twoimi bliskimi. Teraz jest czas na przeproszenie ich za to, wyjaśnienie, co się z tobą działo i odnowienie ważnych dla ciebie relacji. Fajnych, dobrych, wspierających. Chrzań wszystkich, którzy mają do ciebie wiecznie pretensje, zazdroszczą ci, pozwalają sobie na złośliwości wobec ciebie bądź wiszą na tobie jak winogrona. Olej ich, teraz nie masz na to siły. Szukaj towarzystwa ludzi, którzy cię rozumieją, wspierają, z którymi dzielisz świat tych samych wartości, z którymi się śmiejesz i w towarzystwie których czujesz się dobrze i możesz być sobą. Innym powiedz, że odezwiesz się za rok, bo teraz masz trudny czas w życiu. Kochają, to poczekają ;) A ty za rok zdecydujesz, czy rzeczywiście tak ci zależy na tych znajomościach.

5. KULTURA, K...! ;) Uważam, że sztuka jest w leczeniu PBSW nieodzowna. Słuchaj pięknej muzyki (ale nie katuj się Bachem, jeśli go nie cierpisz, słuchaj tego, co lubisz i co sprawia, że czujesz się dobrze, nawet jeśli to Rage Against The Machine ;)), oglądaj filmy, jeśli lubisz, to maluj, pisz, wyszywaj albo lep z modeliny.

6. PIĘKNO. Piękno ma uzdrawiającą moc. Jeśli masz możliwość - jedź w góry, nad morze, nad jezioro, idź na spacer do lasu, otocz się pięknymi przedmiotami, ciuchami, wszystkim, czym się da. Zarówno w sensie zewnętrznym, jak i wewnętrznym. I nawet jeśli dbałość o piękno początkowo będzie polegać jedynie na pomalowaniu pazurów, bo na nic innego nie będziesz mieć siły - też dobrze. Chodzi o odzyskanie poczucia godności i szacunku do siebie, a z czasem - sił i chęci do życia. Pięknej niedzieli zatem! :)

Towanda :)

Wszystkim ofiarom przemocy, wszystkim zbyt-uprzejmym-i-dającym-się-wykorzystywać, polecam serdecznie ten filmik. Proszę oglądać do skutku :)

sobota, 10 października 2015

Proszę pani, to jest skunks!

Scenka z życia. Przychodzi baba do lekarza.

- I co ci powiedział pan terapeuta?
- Że nic dziwnego, że cierpię, bo znalazłam się w bardzo trudnej sytuacji.
- Taaaak? Tak wszystko wie o twojej sytuacji, tak cię doskonale zna?
- Powiedział tak na podstawie tego, czym się z nim podzieliłam.
- Pięknie. I co, zrobiłaś ze mnie zwyrola, który cię opasieczył i unieszczęśliwił?
- Nie powiedziałam tego, powiedziałam, że ten związek jest dla mnie zły i że mnie unieszczęśliwia.

(łzy)

- Ojej, no nie płacz, nie powiedziałam przecież, że TY jesteś zły (pieprzona polityczna poprawność - przyp. po 1,5 roku), tylko że ta relacja MNIE unieszczęśliwia.
- Kochanie, ja nie wiem, co jeszcze mogę zrobić, żebyś dowiedziała się, jak bardzo cię kocham i że naprawdę jesteś dla mnie wszystkim. Czuję się taki bezradny wobec tego, jak dalece to, co o mnie myślisz, odbiega od tego, co rzeczywiście dzieje się w moim sercu.
- No rozumiem, przykro mi, ale widzisz przecież, co się ze mną dzieje i w jakim jestem stanie.
- Ja ci to wszystko wynagrodzę i zadbam o ciebie jak nikt inny nie potrafiłby się o ciebie zatroszczyć. Jesteś moim skarbem, moim wszystkim!
- Nie wiem, co mam myśleć, jestem strasznie zmęczona, chcę iść do domu.
- A mogę cię otulić kocykiem i zrobić pyszną herbatkę?
- Wolałabym być sama.
- Izolowanie się nie jest dla ciebie dobre.
- Ale potrzebuję pomyśleć.
- Ja ci przecież nie będę przeszkadzał, ja tylko chciałbym się tobą zaopiekować, nie mogę cię przecież zostawić samej w takim stanie.
- Naprawdę chcę być sama.
- Ale coś się zmieniło w twoim stosunku do mnie? Przestało ci na mnie zależeć?
- Nie wiem nawet, co ja właściwie myślę i czuję, jestem potwornie zmęczona.
- Biedactwo... No przecież widzę, jak cierpisz, nie byłbym w stanie cię teraz zostawić samej, bardzo się o ciebie martwię.
- Nic mi się nie stanie, chcę po prostu odpocząć.
- Ale ja cię męczę?
- Tak, bliskość z tobą jest dla mnie bolesna.
- To straszne, co powiedziałaś...
- Przykro mi, ale to prawda.
- A czy możemy porozmawiać o tym na spokojnie?
- A czy możemy jutro? Naprawdę jestem wykończona.
- To zbyt ważna sprawa, żeby to odkładać, miej nade mną litość i pozwól mi na pół godziny rozmowy. Rozumiem, że ja dla ciebie jestem może mało ważny, ale ty naprawdę jesteś dla mnie wszystkim.
- Skoro jestem dla ciebie taka ważna, to pozwól mi położyć się nareszcie spokojnie spać.
- A będziesz mogła spokojnie spać, wiedząc, że ja nie zasnę do rana? Że będę się miotał, skazany na najstraszniejsze domysły?
- Ale nie rozumiesz, że ja nie mam siły rozmawiać już dzisiaj?
- Przecież nie zajmę ci dużo czasu. Przysięgam na wszystko, że za pół godziny wyjdę.
- Nigdy tak nie było.
- Wiem, i ogromnie tego żałuję. Ale jestem tylko człowiekiem, a tak potwornie cię kocham, że robię czasem z tej miłości głupoty. Przepraszam cię za to ogromnie. Pozwól mi udowodnić, że naprawdę potrafię dotrzymać słowa. Za pół godziny mnie tu nie będzie.
- No dobrze, wejdź.

I tylko o to chodziło. Z powrotem zainstalować się w czyjejś przestrzeni. Nieważne, czy pod pozorami troski, tęsknoty, chęci pomocy, whatever. Chodzi o to, żeby nie stracić KONTROLI. Teraz widzę to bardzo jasno, ale wtedy rozmowy według tego schematu odbywałam codziennie i na ogół trwały one kilka bądź kilkanaście godzin. Prawie nie spałam, byłam ledwo żywa. Z zachowaniem wszystkich proporcji - czułam się jak więzień ubeckiego zakładu karnego, którego maltretuje się m.in. pozbawianiem snu aż do złamania jego woli oporu. Moja wola oporu też została w pewnym momencie złamana - przestałam się sprzeciwiać, bo nie miałam już na to siły. Nie miało też znaczenia, że w pewnym momencie przestałam "szukać pokojowych dróg porozumienia" i coraz częściej szalałam, krzyczałam, płakałam i kazałam mu się wynosić, mówiąc, że nie tylko go nie kocham, ale wręcz go nienawidzę. To tylko pogarszało sytuację.

Psychopata - o czym już dzisiaj doskonale wiem - ma gdzieś, czy ty go kochasz, czy nienawidzisz. Masz być nim POCHŁONIĘTA - w dowolny sposób. Wysoka temperatura emocji go kręci i daje mu poczucie, że jest ważny. To nie jest ktoś, komu w pewnym momencie nie pozwoli na coś godność i honor. On nie ma honoru i poczucia godności. Ma je za to ofiara psychopaty i kiedy widzi siebie krzyczącą, przeklinającą, pijaną, zapłakaną, wściekłą, zrozpaczoną i olewającą wszystko i wszystkich - z braku sił na porządne zajęcie się obowiązkami - traci szacunek do siebie. A wtedy staje się jeszcze łatwiejszym łupem dla psychopaty, bo nie tylko przestaje się bronić, ale na dodatek nabiera poczucia, że to z nią jest coś nie tak. Bo to ona wrzeszczy i klnie, a on płacze skulony w kąciku, pada na kolana przed świętym obrazem i zaczyna odmawiać różaniec albo z kolei cierpliwie i spokojnie wyjaśnia, pociesza, tłumaczy. Ofiara zaczyna myśleć, że nic nie usprawiedliwia jej rozpaczliwego zachowania i zaczyna się za nie obwiniać. Jednym słowem: powoli odchodzi od zmysłów.

Droga wyjścia? Poprosić o pomoc. Tyle że występują tutaj dwie potężne blokady - strach i wstyd. Strach - bo przeczuwa się, jaki rozpiernicz zafunduje wszystkim naokoło psychopata, jeśli dowie się, że ofiara szuka pomocy na zewnątrz i ma się poczucie, że zwyczajnie się tego nie wytrzyma, że nie ma się na to siły. A wstyd - bo widzi się swój fatalny stan i nie chce się nim dzielić z innymi, uważa się to za swoją porażkę, z którą powinno się dać sobie radę samej. Na dodatek na ogół jest tak, że ofiary próbują odchodzić od psychopatów kilka bądź kilkanaście razy. I z tego też powodu wstydzą się o tym mówić, czują jak współsprawcy i totalnie spada im poczucie własnej wartości. Jeśli nie zrozumieją mechanizmów, które nimi rządzą, nie odkryją, że jest to uzależnienie i nie zaczną się leczyć, trwa to na ogół dopóty, dopóki psychopata nie zamieni ich w zombie i sam nie odejdzie w poszukiwaniu nowej zdobyczy, z której będzie mógł wypić krew.

Z perspektywy czasu wiem, że obawa przez tym, co nastąpi, jeśli zdecydujemy się odejść, jest jak najbardziej zasadna, ale zarazem po pierwsze często stanowi ona pretekst do niewypowiadania walki WŁASNEMU uzależnieniu, a po drugie: trudności, jakie nastąpią po zerwaniu nie stanowią większego koszmaru niż ten, w jakim tkwiło się dotychczas. A w znaczący sposób się od niego różnią - dają bowiem NADZIEJĘ, której trwanie w związku z psychopatą doszczętnie pozbawia.

Trudno przekroczyć barierę psychologiczną i zdecydować się pójść na policję. Zwłaszcza w kraju postkomunistycznym, gdzie zeznawanie przeciwko osobom bliskim wydaje się donoszeniem PRL-owskim służbom. Warto jednak zrozumieć, że ktoś, kto celowo, uporczywie, świadomie i długotrwale się nad tobą znęca, mając pełną wiedzę o tym, w jaki sposób to na ciebie działa i jak bardzo cierpisz, NIE JEST TWOIM BLISKIM, ALE WROGIEM. Przyjęcie tego do wiadomości wymaga czasu, a przede wszystkim - wiedzy.

Decyzja o złożeniu zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa była najlepszą, jaką mogłam podjąć. I jedynie to poskutkowało. "Proszę pani, to jest skunks!" - powiedziała lapidarnie moja pani psychiatra, uspokajając mnie, że powiadomienie policji raczej go nie rozjuszy (czego się bałam, bo wiedziałam, że jest zdolny do przemocy fizycznej), ale sprawi, że skalkuluje sobie szybciutko, że dalsze znęcanie się może mu się nie opłacić. Psychopatom na ogół zależy na dobrej opinii, czerpią z niej pokaźne korzyści. Notowania w kartotece policyjnej mogą tę opinię znacznie naruszyć. Tak więc - polecam :) Ale przede wszystkim zachęcam do zdobywania wiedzy - czytania książek, artykułów, dyskusji, relacji innych ofiar.  

"You cannot protect yourself against that which you do not know exists. Learn the red flags of a toxic relationship" ("Nie możesz obronić się przed czymś, o czym nie wiesz, że istnieje. Dowiedz się, jakie są sygnały alarmowe toksycznej relacji") - piszą autorzy nieocenionej strony psychopathfree.com.

O sygnałach alarmowych bardzo przejrzyście pisze tutaj autorka bloga Moje Dwie Głowy. Wiedza jest potężną bronią, konieczną do nabrania siły i odzyskania poczucia rzeczywistości. Emocje - celowo i z premedytacją rozregulowane przez psychopatę - szaleją i na początku wychodzenia z tego rodzaju związku to z nimi najtrudniej sobie poradzić. Mi pomogło w tej sytuacji całkowite oparcie się na rozumie - po prostu uznałam, że skoro kierowanie się emocjami zaprowadziło mnie na skraj życia i śmierci, to znaczy, że nie była to dobra droga. Przestawiłam wajchę na rozum, co było GIGANTYCZNYM, ale bardzo opłacalnym wysiłkiem. Emocje nadal oczywiście odczuwam. Ale nie pozwalam im sobą rządzić ;)

piątek, 9 października 2015

Jesienne wieczory bez prądu

Unplugged. Wtyczka nareszcie wyłączona. Jestem w innym wymiarze, stare zło czai się w oddali i wraca tylko na chwilę, coraz rzadziej. Kilka ładnych miesięcy po zakończeniu wszelkiego kontaktu z psychopatą to koszmar niemożności wyrzucenia go z głowy. Nie chcesz go, a nadal masz poczucie, że on Cię śledzi (zresztą często to jest NIE TYLKO poczucie :)), nadal bez przerwy o nim myślisz, czujesz się potwornie poturbowana i masz wrażenie, że klatka, zbudowana na miarę, specjalnie dla Ciebie, wciąż towarzyszy Ci wszędzie, niezależnie od tego, co robisz, z kim się spotykasz i jak bardzo chcesz nareszcie odzyskać z powrotem swoje życie.

Pamiętam, że kiedy z nim byłam, chodziła mi po głowie piosenka Kasi Kowalskiej "Jak rzecz". Miałam uczucie, jakby mi ktoś wciągnął odkurzaczem całe moje wnętrze. Jakbym była kompletnie PUSTA. Coś strasznego, poczucie, że zużyłam już całe swoje siły, dobrą wolę i wszystkie zasoby. Że nie mam kompletnie siły ani pomysłu, jak się z tego wyrwać. Dlatego też się mu coraz bardziej podporządkowywałam. Nie miałam siły walczyć.

Odbudowywanie siebie trwa długo. Ależ tęskniłam za stanem, kiedy nareszcie będę mogła myśleć WŁASNYMI myślami i czuć WŁASNYMI EMOCJAMI, a nie odpalać w kółko automatyczny program samospalający, którym zawirusował mnie psychopata.

Słuchałam wczoraj konferencji ks. Marka Dziewieckiego o emocjach. Emocje nigdy nie kłamią. Jeśli coś się czuje, to zawsze coś z tego wynika. Jeśli czuje się ogromny ból, jest to sygnał alarmowy, że w naszym życiu coś dzieje się grubo nie tak. Moje emocje przy tym gościu szalały na maksa. To niesamowite, jak bardzo mądra jest nasza intuicja - wie, zanim jeszcze dowie się o czymś nasza głowa. Nie mogłam zrozumieć dziwnych objawów, jakie przy nim miałam. Siedzieliśmy sobie spokojnie blisko siebie, on mi mówił, że bardzo mnie kocha, że jestem jego życiem i wszystkim, że jest bardzo szczęśliwy, a mi serce waliło jak oszalałe, aż do utraty tchu i napadów paniki. Ja się go po prostu bałam i przed nim broniłam. Budziłam się z zaciśniętymi do bólu pięściami, nie wiedziałam, dlaczego tak bolą mnie palce. I co? I miałam poczucie winy :) Że on mnie tak kocha, a ja nie umiem i ciągle się czegoś boję :)) A tymczasem intuicja miała świętą rację. I dlatego, kiedy odkryłam jasno, że on na maksa KŁAMIE, z jednej strony myślałam, że oszaleję z bólu i wściekłości, a z drugiej - poczułam ulgę, że JEDNAK NIE ZWARIOWAŁAM. Byłam na maksa skołowana, żyłam z dnia na dzień i czekałam na cud, bo wiedziałam, że długo tak nie pociągnę. Dziś wiem, że owszem, wyjście z tego koszmaru bez wątpienia jest cudem, ale on się nie zdarzył SAM. Musiałam o niego zawalczyć ze wszystkich sił i poprosić innych o pomoc.

Wnioski? Emocje są STRASZNIE WAŻNE. I tak jak gorączka alarmuje, że coś poważnego dzieje się z organizmem i należy zareagować, to jednocześnie przy braku reakcji może zabić. Dotarło to do mnie, kiedy półprzytomna z wyczerpania leżałam na podłodze w łazience i czytałam książkę "Kobiety, które kochają za bardzo". Padło tam zdanie, że toksyczna "miłość", jak każde uzależnienie, jest ŚMIERTELNĄ CHOROBĄ. Czułam, że to nie są jaja, że ja już nad tym nie zapanuję siłą woli, że jeśli nie zwrócę się o pomoc, to naprawdę mogę umrzeć. Popełnić samobójstwo, dostać zawału albo wylewu, oszaleć... Zastanawiałam się wtedy, czy nie pojechać na nocny dyżur psychiatryczny i nie poprosić o jakiekolwiek środki uspokajające, żeby nareszcie móc zasnąć (brak snu mnie wykańczał). Zrobiłabym to pewnie, gdybym nie bała się psychopaty. On nie chciał o tym nawet słyszeć, a sama bałam się to zrobić, bo monitorował "w trosce o mnie i moje zdrowie" każdy mój krok. Anyway - do psychiatry trafiłam później i tak, dostałam leki, pomogły.

Dzisiejszy stan - senny wieczór w dresie i góralskich kapciach, z książką albo filmem, w miarę spokojny, z codziennymi problemami, ale już takimi na moją miarę, był moim nieosiągalnym marzeniem przez rok, dwa? Poprzednia jesień, końcówka koszmaru z psychopatą, kojarzy mi się z paleniem kilkudziesięciu papierosów dziennie, piciem piwa (żeby się znieczulić), kłótniami, łzami, brakiem snu, lękiem, rozpaczą i bombardowaniem uzależniającą "miłością". Spędzałam czas tylko z nim, z kiedy nawet spotykałam się z kimś innym (rodziną czy - rzadko - koleżankami), on bez przerwy pisał i dzwonił, a potem odbierał mnie z tych spotkań. A dlaczego? Bo TĘSKNIŁ :))) A mi było jeszcze głupio, że czuję się kontrolowana i że mam tego dosyć, czułam się winna, że nie tęsknię, tylko odpoczywam i miałam wyrzuty sumienia, że nie "kocham" go tak, jak on mnie :)) O ja cieeeee...

No nic, było minęło, na szczęście. Tyle dobrego, że tak bardzo nie chcę znaleźć się jeszcze raz w tym koszmarze, że przestałam igrać z życiem. Trudno, będę sztywniakiem, "luz" sprawił, że do tej pory mam zesztywniały ze stresu kark.

poniedziałek, 5 października 2015

Wyłącz agregat

Związek z psychopatą rozdwaja jaźń. Obok - a wkrótce: zamiast - życia w świecie realnym, zaczyna się funkcjonowanie w rzeczywistości wymyślonej. Na dodatek, wymyślonej do spółki z psychopatą. Równanie jest proste: Twoje potrzeby, marzenia i neutoryczne głody (miłości, obecności, uwagi, akceptacji) + jego bogata i emfatyczna nawijka na ten temat (kocham, umieram, jedyna, zawsze, nigdy, szaleję, najdroższa) = MATRIX. 

Matrix wciąga coraz bardziej, z dnia na dzień coraz głębiej się w nim zanurzasz i odrywasz od rzeczywistości, a psychopata precyzyjnie realizuje swój plan całkowitego uzależnienia Cię od siebie. Dopiero, kiedy tego dokona i wie, że już tak łatwo nie odejdziesz, pokazuje, kim jest naprawdę. Tylko że Ty, przyzwyczajona do wcześniej stworzonej iluzji, wciąż za nią gonisz i nie możesz uwierzyć, że ona NIE ISTNIEJE. Walczysz więc - z nim, ze sobą, z każdym, kto uważa, że ten facet Cię okłamuje i niszczy, potem z kolei z chorobami, bezsennością i skrajnym wyczerpaniem. W końcu dochodzić do ściany i decydujesz się WIAĆ.

W pierwszej fazie po uciecze chodziły mi po głowie dwie piosenki: "Torn" Natalii Imbruglii i "Pretender Got My Heart" Alicia's Attic. Polecam :)

Thought the heart was worth something,
I just sold mine to somebody for nothing
Thought the heart was worth something,
but...

Love was a game, and he won too fast
Yeah, love was a painkiller that never lasts
And I hate to say that I won‘t care for it no more
Yeah, it was real to start, but a pretender got my heart

Love can be strange, when you‘re open and naïve
Love got a hold, got a gun, and then shot me
And I hate to say that I won‘t care for it no more
Yeah, it was real to start, but a pretender got my heart

And now all I have is what you forgot
And it‘s all because of you babe
And all that my heart needs now
Is a resting place if it‘s not too late


Kiedy skumasz już na dobre, że żyjesz w fikcji i nie masz na to dłużej ochoty, zaczyna się zabawa, którą określić można jako podróż "W Poszukiwaniu Straconego Rozumu". W filmach Cudowny Moment Przebudzenia trwa jakieś 15 sekund i przypomina rozkwitnięcie kwiatu wonnej lilii o świcie, pośród delikatnych kropel rosy i blasków wschodzącego słońca. W rzeczywistości "This Magic Moment" to raczej Ty z włosami a' la Tina Turner po trzygodzinnym koncercie, z tasakiem w ręku, worami pod oczami, szczękościskiem, jadłowstrętem, bólem WSZYSTKIEGO, wyglądająca na starszą o 10 lat i wrzeszcząca: "wynoś się z mojego życia!", a za chwilę gardząca sobą za te słowa i przepraszająca za nie. I on odstawiający szopkę - łzy, oskarżenia bądź przeprosiny, wyznania miłości lub obwinianie Cię o wszystko, model Adolf Hitler lub model Biedny Piesio, co tylko chcesz. A raczej czego nie chcesz, ale co z całą pewnością dostaniesz. Pięćdziesiąt (albo pięćset) razy znowu mu uwierzysz, tyle samo razy on znowu Cię skrzywdzi, aż w końcu znajdziesz siłę, żeby PRZESTAĆ REAGOWAĆ. Na cokolwiek. Definitywnie odciąć się od trucizny i rozpocząć detoks.

Detoks jest hardkorem. Wymaga niesamowitej siły, bo organizm jest uzależniony od produkowanych w czasie chorego związku neuroprzekaźników jak od heroiny. Sprawa jest tym trudniejsza, że narkoman ma teoretycznie możliwość udania się do ośrodka zamkniętego, a tymczasem uzależniona od psychopaty kobieta na ogół ma na głowie rozmaite obowiązki i nie bardzo może sobie na to pozwolić. Na domiar złego, heroinę zastaje w swojej skrzynce, na wycieraczce, pod domem, w pracy - dostępną 24 godziny na dobę, podaną na srebrnej tacy i w najbardziej oczyszczonej formie. W eleganckim opakowaniu przewiązanym srebrną wstążeczką, opatrzonym napisem: "I love you". W czasie detoksu trzymało mnie w pionie chyba głównie przekonanie, że to może być moja jedyna szansa, że na więcej być może już nie będę miała siły. A miałam ostrą świadomość, że walczę o życie. Wiedziałam też, że nie podołam temu zadaniu sama i poprosiłam o pomoc bliskich ludzi. No i policję. Nie chciałam jednocześnie składać zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa i wracać do gościa.

Najtrudniejsze było uwierzenie innym ofiarom przemocy, że TO NIE JEST TĘSKNOTA, tylko GŁÓD NARKOTYCZNY. Głód nachodził falami, rzeczywiście z czasem coraz mniejszy. Teraz już go nie czuję, ale w początkowej fazie nie czułam właściwie niczego poza nim. Głód, pustka, odrętwienie, wegetacja. Trudno w takim stanie uwierzyć, że znowu będzie się chciało ŻYĆ, nie jedynie JAKOŚ PRZETRWAĆ kolejny dzień cierpienia i odrętwienia. Próbowałam sobie wtedy przypomnieć rzeczy, które kiedyś sprawiały mi przyjemność. I WIEDZIAŁAM, co to jest, wiedziałam, że kocham góry, ogniska, śpiewanie, wygłupy z przyjaciółmi, filmy, spacery, książki, sztukę - a totalnie nie mogłam sobie przypomnieć, jakie to UCZUCIE cieszyć się z tego.

Wszystko miało taki sam smak, a raczej wszystko było bez smaku. Miałam poczucie, że prawdziwa "ja" siedzi zamknięta na cztery spusty w piwnicy po potężnym pobiciu i wstydzi się wyjść na zewnątrz, bo nie chce, żeby ktoś oglądał ją w takim stanie. A obok tego była "ja" fałszywa - starająca się żyć normalnie. Czułam się jak aktorka, która odgrywa siebie. Wiedziałam, na czym polega ta rola, wiedziałam, w jaki sposób ma się zachowywać moja bohaterka, co powinna mówić, czego chcieć i jakie wartości wyznawać, ale zupełnie tej roli nie "czułam". Byłam daleko, w tej piwnicy właśnie. Dodatkowo w "normalnym życiu" każde, najprostsze nawet działanie kosztowało mnie niebywale wiele, bo ogromną ilość energii pochłaniało radzenie sobie z traumą. Świeciły wielkie halogeny, syreny wyły na alarm, systemy alarmowe wariowały, kolejne brygady strażaków gasiły wybuchające raz za razem pożary i kolejne zespoły lekarzy reanimowały tabuny pacjentów w stanie krytycznym. To wszystko dzieje się w moim wnętrzu nadal, choć z mniejszą intensywnością. Ciągle jeszcze coś ratuję, wyławiam z błota jakąś zwiniętą kulkę, jakąś dawną część mnie, która ledwie żyje, ale nadaje się jeszcze do zreanimowania.

Z początku ten proces odbudowy siebie jest niesamowicie wręcz trudny, ponieważ poziom zatrucia organizmu jest tak silny, że wydaje się, że poza trucizną nie ma w nim już NIC. Pamiętam to koszmarne uczucie bycia non stop na celowniku psychopaty. Miałam wrażenie, że on jest w każdej komórce mojego ciała, a zwłaszcza mózgu - że zaprogramował go po swojemu, totalnie zawirusował, rozregulował i kliknął komendę "zapisz zmiany". Nie wiedziałam, jak się tego cholerstwa pozbyć i miałam ochotę wyszorować sobie mózg szczotką ryżową, a potem zanurzyć go w wybielaczu. Albo unicestwić siebie, żeby w ten sposób pozbyć się śladów psychopaty. Taki stan jest bliski szaleństwu. Trwa dość długo (standard to podobno 12-24 miesiące), ale na szczęście z czasem powoli mija.

Recepta? Absolutnie zerwać kontakt. Potem wytrzymać koszmar detoksu, starając się skoncentrować jedynie na tym, żeby pod żadnym pozorem nie nawiązywać ponowne kontaktu. Później, powoli, powoli, wracać do dawnych znajomości, aktywności, ale przede wszystkim - przyjemności. W takim stanie trzeba być dla siebie naprawdę łagodnym i nie planować przebiegnięcia maratonu ani założenia własnej firmy. Podstawowy cel to: nie kontaktować się z nim. Do tego można dodać cele minimalne - nie stracić pracy, pomalować paznokcie albo zjeść ciepły obiad - w stanie ostrym to nie lada wyczyn.

Wyjście z tego koszmaru wymaga cierpliwości - nie da się z niego niestety otrząsnąć niczym pies po kąpieli w kałuży. Z drugiej strony - to naprawdę jedyna w swoim rodzaju szansa na gruntowne porządki własnego wnętrza. Skoro już do twojego ciepłego i radosnego domu wtargnęli bolszewicy i ukradli z niego wszystko, łącznie z klamkami od drzwi, a następnie podpalili go, Ty po okresie totalnej rozpaczy i otępiałego patrzenia na rozmiary zniszczeń, możesz w pewnym momencie zakasać rękawy i powiedzieć sobie: "Tak, spalili mi dom. Nie mam nic. Ale przeżyłam i mogę wybudować inny, piękniejszy, taki, w jakim zawsze chciałam mieszkać, mimo że byłam przywiązana do starego budynku. Odbudowa trochę potrwa, ale spróbuję. A dobrzy ludzie na pewno mi w tym pomogą".

niedziela, 4 października 2015

Gaslighting

Gaslighting - ogromnie ważny termin, chyba nie przetłumaczony do tej pory na język polski. Najkrócej mówiąc, polega na doprowadzeniu ofiary do utraty wiary we własne zmysły. To jedna z podstawowych technik prania mózgu stosowana przez psychopatów, przywódców sekt, etc. 

Według strony Psychopathfree.com, "gaslighting jest formą manipulacji często używaną przez psychopatów, której skutkiem jest zakwestionowanie przez ofiarę postrzegania rzeczywistości. Psychopaci osiągają to na wiele różnych sposobów. Zostawiłaś kluczyki na stole, tylko po to, aby wrócić po pięciu minutach i znaleźć je w biurku pomiędzy stosami papierów? Psychopata mówi coś skrajnie oburzającego, a godzinę później twierdzi, że nic takiego nie padło? Wmawia Ci, że to, czego byłaś świadkiem, nie jest prawdą, ale iż sobie to wszystko wymyśliłaś? To jest właśnie gaslighting, technika stosowana po to, abyś zaczęła w siebie wątpić. Byś zwątpiła w swój wewnętrzny głos, który ostrzega Cię, że w tym związku coś jest nie tak. Żebyś uwierzyła, iż jesteś w stanie wyobrażać sobie nieistniejące rzeczy i uważać je za rzeczywistość. Abyś przestała wierzyć w słuszność swoich ocen. Żebyś była niezdolna do podejmowania decyzji. Gaslighting jest formą ukrytej przemocy emocjonalnej mającej na celu wywołanie Twojej dezorientacji i utraty przez Ciebie poczucia własnej wartości. W ten sposób psychopata może przejąć kontrolę nad Tobą przedstawiając Cię jako wariatkę, a siebie jako rozsądnego człowieka, który musi podejmować za Ciebie decyzje, ponieważ Ty nie jesteś do tego zdolna."

Wypisz wymaluj. Teraz widzę to jaskrawo, ale kiedy z nim byłam, żyłam na ciągłej karuzeli, od której kręciło mi się w głowie nawet fizycznie. Intuicja już nie ostrzegała, ale NAPIER....LAŁA, świecąc mi w oczy potężnymi halogenami z napisem: "WIEJ!!!". 

Tyle że jeszcze potężniejszymi halogenami świecił mi w oczy psychopata - dzień i noc, dzień za dniem, 24/7. Kiedy tylko zdobywałam się na wykonanie skoku, żeby na chwilę od niego uciec (a nie było to proste, z powodów zarówno wewnętrznych, jak i zewnętrznych), odzyskiwałam rozum. Łatwiejsze to było w początkowej fazie związku, później mózg był coraz bardziej sprany i coraz mniej wiedziałam, co zostało mi wmówione, a co rzeczywiście jest moje. A z czasem już nie kompletnie nie miałam siły na samoobronę. 

Wiałam, ale dokądkolwiek uciekłam, chwilę potem pojawiał on. W drodze do pracy, pod domem, na ulicy... Dziesiątki telefonów i smsów. Zawsze pękałam. I kiedy już z powrotem byłam w zasięgu oddziaływania jego Maszyny Mózgopiorącej, przepadałam. On podłączał mi elektrody prosto do serca i grał koncerty na organach (węwnętrznych). Wiedział doskonale, jakie słowo / mina / łza poruszą czułą strunę w emocjach i rozbroją w ten sposób umysł. 

Do tego doszedł jeszcze jeden ważny element, który zapewne gubi wszystkie bez wyjątku ofiary psychopatów, a mianowicie sądzenie innych po sobie. Normalnemu człowiekowi nie mieści się oczywiście w pale, że ktoś może posługiwać się słowami mówiącymi o wartościach i stanach ostatecznych, w pełni cynicznie i wyłącznie dla rozrywki. Myśli więc, że facet "widocznie jednak tak bardzo kocha i rzeczywiście wariuje". A zatem: "trudno, odłożę na bok wątpliwości i urazy, teraz trzeba ratować człowieka, przecież nie mówiłby, że chce się zabić, gdyby rzeczywiście nie był w skrajnym stanie". Niestety - mówiłby. Ten brak sumienia umożliwia także celowe doprowadzanie do obłędu. To też normalnemu człowiekowi nie mieści się w głowie. Kiedy jednak po pewnym (i to długim) czasie niekontaktowania się z psychopatą, jestem w stanie spojrzeć na FAKTY, a każdego mojego neuronu nie zalewają już emocje kipiące jak gorący spiritus, przypominam sobie stosowanie gaslightingu bardzo wyraźnie.

Pamiętam, kiedy po mojej kolejnej (i, na szczęście), już niemal ostatniej, próbie ucieczki, zadzwoniła wspólna koleżanka moja i psychopaty. Pytała, co się ze mną dzieje, bo "on się tak strasznie o mnie martwi". Odpowiedziałam jej z głębi zdrowej części mojego jestestwa, że nic się nie dzieje, zwyczajnie nie chcę mieć z tym facetem nic wspólnego i radzę jej, żeby nie dawała się wykorzystywać do żadnego pośredniczenia między nami. Kumpela zdziwiła się i powiedziała: "wiesz co, po rozmowie z nim sądziłam, że postradałaś zmysły, że nagle od czapy zerwałaś kontakt i że dzieje się z tobą coś bardzo złego. Twierdził, że jest jedyną osobą, która może ci pomóc. A ja tu do ciebie dzwonię i rozmawiam z totalnie trzeźwo myślącą, wkurzoną laską, która ma racjonalne argumenty, żeby się od tego gościa całkowicie odciąć".  

Tym, co mówił na mój temat innym, staram się nie przejmować, choć nie jest to łatwe. Gorsze było jednak, to, co zafundował mi samej. Zaawansowane pranie mózgu i szarpanie emocji. Bombardowanie miłością na gruncie słów przy jednoczesnym jej zaprzeczeniu w sferze czynów. Teraz wydaje mi się to wręcz śmieszne - że byłam w stanie uwierzyć, że rzucanie przedmiotami, krzyk, a nawet uderzenie mnie miały świadczyć o tym, jak wielkie jest to uczucie i jak dalece gość jest zdeterminowany, żeby o nie walczyć. No i stąd rzecz jasna, ta agresja - z tej ogromnej bezbronności wobec miłości. :))))))))))) buahahahahahaa, co za groteska. 

Z klasycznego gaslightingu pamiętam np. wmawianie mi, że damska gumka do włosów (z wkręconymi w nią długimi włosami), którą psychopata wyjął kiedyś przypadkowo z kieszeni, NIE ISTNIAŁA. Co ciekawe, ja "w pewnym sensie" - jeśli w ogóle można tak powiedzieć - mu uwierzyłam. Tak, jakby można było "uwierzyć emocjonalnie" i jednak w ostatecznym rachunku to "kupić", mimo że sam suchy intelekt w życiu by się na taką bzdurę nie nabrał. I stąd płyną dwa wnioski - TRZEŹWOŚĆ (nie tylko w sensie absytencji od alkoholu, ale przede wszystkim rozumiana jako wolność od zalewających mózg emocji) jest niezbędna. Drugi wniosek - psychopata o tym doskonale wie. I dlatego zrobi wszystko, żeby złamać kod dostępu do emocji. Bo świetnie zdaje sobie sprawę, że z mózgiem nie wygra. 

Powodzenie metody gaslightingu wynika m.in. z tego, iż jest ona stosowana STOPNIOWO, ale BARDZO REGULARNIE. O jej skuteczności decyduje jednak coś jeszcze ważniejszego, a ogromnie bolesnego - jeśli wkręcone, zakochane, pozbawione życia w świecie poza psychopatą przyjmiemy do wiadomości, że on nas zwyczajnie ROBI W BOLA, rozpacz i wściekłość moją nas zabić. Dlatego zapewne nasza podświadomość wybiera wersję: "to nie moja ręka", "ta gumka NIE ISTNIEJE", "to nie moje nagie ciało, a tej kobiety tu w ogóle nie ma i nigdy nie było". Do tego dochodzi stosowane przez nas uparcie założenie, że "przecież człowiek, który tak mnie kocha, nie byłby zdolny do czegoś takiego" no i mamy gotową piękną i głęboką MOGIŁĘ. Ja byłam o krok od uwierzenia w słowa: "WYDAWAŁO JEJ SIĘ, że ze mną spała". A później w hitowe: "Może i z nią spałem, pewnie tak było, ale ja tego NIE PAMIĘTAM, więc nie mogę tego potwierdzić". Byłam o krok od uwierzenia, bo ból przyjęcia prawdy wydawał się nie do zniesienia. I rzeczywiście na początku taki był. Nieporównywalny z żadnym innym bólem, którego doświadczyłam wcześniej. Tyle że gdybym się na jego przyjęcie nie zdecydowała i nie UWIERZYŁA NA SŁOWO (Bogu, bliskim, a przede wszystkim - innym ofiarom przemocy, które były wcześniej w tym samym miejscu), ŻE TO MINIE - już by mnie nie było. W sensie dosłownym. 

Zmaganie z psychopatą to walka na śmierć i życie. Jej wygranie jest jednak nie tylko możliwe, ale wręcz obowiązkowe :). Wymaga ono kolosalnego wysiłku i pomocy innych ludzi.  Ból owszem, trwa długo, ale W KOŃCU JEDNAK POWOLI MIJA, a wewnątrz stopniowo pojawia się coraz więcej słońca :)