wtorek, 17 listopada 2015

Zanim wybaczysz, kup sobie nowy stanik ;)

Wybaczenie to sprawa niezwykle poważna, wręcz strategiczna. Strategiczna zarówno dla dalszego życia ofiar PO wyzwoleniu się z toksycznego związku, jak i dla tych, które walczą, ale wciąż dają się nabrać na lep tych samych kłamstw.

Rozmyślając o wybaczeniu, warto zastanowić się nad kilkoma kwestiami i uporządkować parę spraw.

1. Przede wszystkim - odróżnić wybaczenie od ulegania (auto)manipulacji. Facet Cię zdradza, poniża, okłamuje, bije, a potem przeprasza i prosi o wybaczenie, a Ty "miłosiernie" do niego wracasz? To nie wybaczenie, to współuzależnienie. I krzywdzenie nie tylko siebie, ale i agresora, który za sprawą oferowania mu ciągłego "wybaczania" nie ponosi żadnych konsekwencji swoich działań, co jest dla niego szkodliwe. Może być tak, że tak mocno tkwimy w modelu "ofiara - krzywdziciel", że choć rani nas to i degraduje, to myśl o zerwaniu z tym schematem napawa nas paraliżującym lękiem. Warto odpowiedzieć sobie na pytanie, co za tym lękiem stoi. Może na tkwieniu w roli ofiary budujemy swoje poczucie wartości? Czujemy się lepsze od "tego wstrętnego kata", który się nad nami znęca? Może tak bardzo nie wierzymy w to posiadaną przez nas niezmierzoną wartość, że jesteśmy przekonane, iż w gruncie rzeczy "zasługujemy" na traktowanie nas bez szacunku, a wręcz z agresją? Może nie znamy innych modeli funkcjonowania? Jesteśmy uzależnione od adrenaliny? Od tego faceta? Boimy się, że jeśli postawimy mu granice, on od nas odejdzie, a my tego nie zniesiemy? Kierujemy się chorym poczuciem odpowiedzialności za życie i błędne postępowanie dorosłego człowieka? Wierzymy, że "tylko my" możemy go zmienić i wyprowadzić na prostą? Przyczyn tkwienia po uszy w beczce z trucizną może być mnóstwo, warto się nad nimi zastanowić zanim po raz kolejny "wspaniałomyślnie" wybaczymy krzywdzicielowi.

2. Wybaczenie w żadnym wypadku nie oznacza zgody na ponowne krzywdzenie. Prawdziwe wybaczenie wymaga stanięcia w prawdzie. Jeśli krzywdziciel odmawia uznania swojej odpowiedzialności, zmiany zachowania, jeśli ciągle "wybaczamy", a po chwilowej pozorowanej poprawie, wraca on do tych samych krzywdzących nas zachowań, oznacza to marnowanie naszej dobrej woli, czasu, wysiłku, emocji i nadużywanie naszego zaufania. Taka sytuacja nie może trwać długo, ponieważ jest ona ogromnie wyniszczająca. Jak głosi popularne powiedzenie: "Dawanie drugiej szansy jest piękne, dawanie trzeciej - głupie". Kobiety kochające za bardzo dają tych "drugich szans" na ogół mniej więcej tysiąc pięćset, aż w końcu machają ręką na złe traktowanie, obniżają standardy, żeby się już dłużej nie szarpać i tylko co jakiś czas wyskakują z jakąś chaotyczną awanturą "o wszystko", po której czują się jeszcze gorzej i w efekcie zaczynają przepraszać krzywdziciela. Prowadzi to donikąd i kończy się na ogół załamaniem nerwowym.

3. "Wybaczanie" w związku z psychopatą to plus tysiąc punktów do mogiły. Psychopata niestety się NIE ZMIENIA, za to jest bardzo sprawny w pozorowaniu zmian. Intuicja wprawdzie bije na alarm, ale zanim jej posłuchamy, damy się nabrać jakieś milion razy. A dlaczego? A dlatego, że unikamy prawdy i chcemy znaleźć "racjonalne" uzasadnienie dla trwania w nałogu. Nas to coraz mocniej wyniszcza, bo nie da się długo żyć w pomieszaniu zmysłów i rozdwojeniu jaźni, psychopata natomiast kwitnie, bo im bardziej my dostajemy kręćka, tym bardziej on jest panem sytuacji i tym silniejszą rozpościera nad nami kontrolę.

No dobra, już wiemy, że "wybaczanie" w czasie trwania związku z psychopatą to raczej autodestrukcja i uzależnienie. Ale co z wybaczeniem po zakończeniu związku? Tutaj także czyha na nas parę pułapek.

a) Pułapka A to "wybaczenie" zbyt wczesne. Psychopata porzuca nas dla innej kobiety, a my nadal utrzymujemy z nim "przyjacielski" kontakt. Dlaczego? Bo łudzimy się, że do nas wróci, bo chcemy mu pokazać klasę, bo chcemy zachować z nim jakąkolwiek namiastkę bliskości. Powiem od razu - psychopata ma naszą klasę serdecznie w dupie, ale chętnie z niej skorzysta, żeby jeszcze nas trochę podręczyć. Jeśli z jakichś powodów (erotycznych, emocjonalnych, finansowych, mieszkaniowych, prestiżowych) jesteśmy mu nadal potrzebne, będzie nawijał na uszy makaron kolejnej ofierze, ale nam co jakiś czas rzuci jakiś podwójny komunikat w rodzaju: "ależ ty jesteś piękna..." / "brakuje mi naszych rozmów" tudzież "czasem myślę, co by było gdyby...", a my od razu strzyżemy uszami i kombinujemy: "czyli jednak kocha!". W efekcie manipulator ma dwie kobiety na raz - jedną świeżo-zamotaną i drugą neurotycznie przywiązaną i trzymaną "w odwodzie". Całkiem wygodne i całkiem obrzydliwe. Bywa również, że wprawdzie zrywamy kontakt z psycholem, ale wypieramy wszystko, co miało między nami miejsce i "wybaczamy", chcąc zachować dobry obraz tego związku. Skazujemy się tym samym na tkwienie w iluzji. Ból, którego istnieniu zaprzeczamy, może się przerodzić w depresję czy inną chorobę psychosomatyczną bądź zainfekować nasze relacje z innymi ludźmi na długie lata. Warto zatem pozwolić sobie na jego przeżycie i zidentyfikowanie go z zaistniałą krzywdą. A wybaczyć dopiero potem. 

b) Pułapka B to z kolei wybaczenie zbyt późne. Złość, która jest naturalna, zdrowa, dająca siłę do wyrwania się z chorego związku, po tym, kiedy już nam się to uda, może zamienić się w bardzo niezdrowe przyzwyczajenie. Możemy ją czuć non stop, wobec Boga, świata, siebie i innych ludzi. To trochę tak, jakby po zakończeniu wojny, nadal wozić ze sobą stanowisko ciężkiego karabinu maszynowego. Chodzić z tym CKM-em do teatru, do kina, na spotkania towarzyskie, do kościoła, na basen, spać z nim i z nim także kąpać się w wannie. Owszem, można. Ale PO CO. Warto zatem, po uwolnieniu się od psychopaty, zrozumieniu tego, co miało miejsce, jakie mechanizmy zostały wobec nas zastosowane i jakie spustoszenia poczyniły one w naszym sercu i głowie, powoli zacząć odstawiać CKM do przedpokoju, a z czasem może i do piwnicy. Niech nas chroni, a nie obciąża i niszczy.

Czasem pielęgnowanie złości to paradoksalnie dalsze tkwienie w mentalnym związku z psychopatą, w uzależnieniu od niego. Nie kochamy go już wprawdzie, ale nienawidzimy, jednak w ten sposób wciąż pozwalamy mu jakoś rządzić naszym życiem. Oczywiście, po takiej traumie trzeba się wygadać, naczytać książek i artykułów, nazwać po imieniu zło, które nas spotkało, ale kiedy już to zrobimy, warto pozbyć się ciężaru złości. W przeciwnym wypadku zatruje ona przecież nas, a nie żadnego psychopatę.

Jak zatem pozbyć się złości?
Pierwszy krok to z pewnością uświadomienie sobie jej istnienia. Tego, że myśl o doznanej krzywdzie zajmuje wiele miejsca w naszej głowie, że obciąża nasze serce, że determinuje wiele naszych działań albo z kolei warunkuje niepodejmowanie aktywności.
Drugi krok to DECYZJA o tym, że chcemy się z tą złością pożegnać. To nie jest łatwe, wiem z doświadczenia. Kiedy zrozumiałam, że Złość stała się moim drugim imieniem i kiedy dotarło do mnie, że odbiera mi ona radość życia i zabiera mnóstwo energii, a przede wszystkim stoi pomiędzy mną a Bogiem, zdecydowałam, że czas się jej pozbyć.

Tylko że to nie takie proste. Kiedy tylko próbowałam przebaczyć, natychmiast zalewała mnie fala wściekłości i myśli: "Ta, PRZEBACZYĆ! A konsekwencje tego całego syfu? Długie leczenie depresji, nerwica lękowa, lincz zawodowy, głębokie rany w sercu, stracone złudzenia, nieufność, problemy zdrowotne..." oraz: "Przebaczyć? I co, i te wszystkie krzywdy mają nie mieć żadnego znaczenia? Ten ból ma iść w niepamięć?". Tyle że dotarło do mnie również, że przez brak przebaczenia ja sobie tylko tych krzywd dokładam. I ciągle siedzę w jakimś ciemnym bunkrze zamiast wyjść na łąkę. Długotrwałe pielęgnowanie złości to poza tym pielęgnowanie więzi z psychopatą na poziomie duchowym. A to zatruwa teraźniejszość i przyszłość. Warto pozwolić mu "odejść", wyciągnąć wnioski ze wszystkiego, co się zdarzyło i pożegnać się.

No dobra. Decyzja podjęta, teraz JAK to zrobić? Wpisałam w google "jak przebaczyć". Wyskoczył artykuł z tygodnika Niedziela. Przeczytałam radę - napisz list do krzywdziciela, nazwij całe zło i wybacz mu je. Tja. Spróbowałam. Mój list dałby się streścić w trzech słowach: "Wybaczam ci, CHUJU". Przepraszam za wulgaryzm, ale oddaje on temperaturę moich ówczesnych emocji.

Wizja wybaczenia tylko mnie rozsierdziła, uklękłam taka wściekła przez obrazem Jezusa Miłosiernego i powiedziałam: "NO NIE DAM RADY. Absolutnie nie widzę takiej możliwości. Musisz mi dać jakąś specjalną łaskę, nie ma wyjścia". Poszłam spać, spałam kiepsko, męczyły mnie natrętne myśli i złość. Zależało mi jednak na wybaczeniu, bo zależało mi na powrocie do Boga, bez Boga nie czułam się szczęśliwa ani spokojna. Postanowiłam codziennie odmawiać w intencji otrzymania łaski wybaczenia Koronkę do Miłosierdzia Bożego. Do skutku.

Dziś trzeci dzień, a ja już widzę owoce. Dotarło do mnie parę spraw - po pierwsze, bardzo trudno jest wybaczyć, kiedy koncentruję się na krzywdzie. Zaczęłam próbować koncentrować się na Bogu - modlić się - nieporadnie, tak, jak umiem, czytać o Nim i Jego miłości, prosić o nią. Wydaje mi się, że to jedyna droga do wybaczenia. Zaczęłam mieć na wybaczenie OCHOTĘ - nie tylko dlatego, żeby się w końcu uwolnić od przeszłości, ale też z tego powodu, że odkryłam, że z niego może być pożytek, że ono wcale nie przynosi strat, bo mogę je ofiarować Bogu. A przecież nieczęsto możemy zrobić Bogu prezent. Skoro zatem nie umiem wybaczyć sama z siebie, mogę spróbować to zrobić ze względu na Bożą miłość. On nas kocha nieskończenie i wybacza nam wszystko, uczy, żebyśmy my też postępowali podobnie i stawali się podobni do Niego. A jeśli Bóg czegoś uczy, to raczej ma rację :)

Tutaj uwaga - podkreślam jeszcze raz, wybaczenie nie oznacza żadnego powrotu do dawnej relacji z krzywdzicielem ani żadnego jego "zwycięstwa". To tak naprawdę nasze zwycięstwo - mimo doznanej krzywdy, pokazujemy złu gest Kozakiewicza i wybieramy dobro. Nie naiwność i krzywdę bądź tkwienie w agresji, ale miłość i siłę. 



Ważna uwaga techniczna - myślę, że w procesie wybaczenia może bardzo pomóc nazwanie doznanych krzywd i uporanie się z konsekwencjami zła, jakie nas spotkało. Oczywiście, że to nie Polska powinna była odbudowywać Warszawę pod drugiej wojnie światowej. Niemcy powinni to przynajmniej sfinansować. Czasem jednak nie ma wyjścia. Syf po psychopacie też niestety posprząta zapewne kto inny niż on. Zamiast jednak czekać na jego cudowne przebudzenie i wynagrodzenie krzywd, co zapewne nie nastąpi, warto w którymś momencie wziąć miotłę i wymieść odłamki zbitych luster naszych iluzji i marzeń oraz stosy chusteczek z wsiąkniętymi w nie łzami.

Trudno, stało się, skrzywdzono nas, ale przed nami jeszcze kawał życia, które może być piękne i dobre. Trudniej wybaczyć, kiedy tkwimy w ruinach dawnego życia, kulimy się i spodziewamy ciosu z każdej strony. Ruiny warto opuścić (choć to czasem niełatwe), poszukać bezpiecznego miejsca, powolutku zbudować tam schronienie i nową, lepszą wersję siebie.

Z tej pozycji wybaczenie będzie łatwiejsze - po prostu dlatego, że w Twoim nowym życiu nie ma miejsca dla stałego karmienia się złością. Karmisz się czym innym - dobrem, prawdą, pięknem, mądrością. W wybaczeniu pomaga odbudowanie poczucia własnej wartości i wiary w to, że nasze życie, mimo doznanej traumy, wciąż może być wspaniałe. Do tego odnosi się właśnie żartobliwy tytuł posta - rada jak najbardziej serio, choć oczywiście nowy stanik to tylko symbol "nowej, piękniejszej skóry" ;) Powodzenia!


poniedziałek, 9 listopada 2015

"Normalne" zerwanie kontra ucieczka z bagna

Uwaga, będzie zdanie na miarę Nobla. Każde rozstanie boli. Dziękuję, dziękuję, wiem, że dokonałam epokowego odkrycia. Chciałam jednak napisać o czymś bardzo ważnym, co może pomóc ofiarom przemocy poczuć się choć odrobinę normalniej. A mianowicie o tym, że zerwanie z psychopatą nie ma nic wspólnego ze zwykłym rozstaniem. To nie jest kilka/naście/dziesiąt przepłakanych wieczorów przy winie i "naszych" piosenkach. To jest stan, kiedy po przejechaniu przez tira chcesz uciec z ulicy, ale orientujesz się, że nie potrafisz tego zrobić, bo Twoja noga leży kilka metrów od Ciebie i nawet nie masz siły, żeby się do niej doczołgać. Stan totalnej bezradności, przerażenia, apatii, beznadziei, rozpaczy i poczucia zagrożenia. Jeśli usłyszysz w takim momencie "wyluzuj, pozbieraj się, przestań o nim myśleć po prostu, przecież to drań", do powyższej listy będziesz mogła dopisać jeszcze poczucie totalnego osamotnienia i oderwania od rzeczywistości.

Prześledźmy zatem, dlaczego tak się dzieje.

1. Pierwszy, moim zdaniem najważniejszy powód fatalnego stanu wiąże się z utratą poczucia tożsamości. W normalnym związku ludzie się jakoś od siebie różnią, uzupełniają, konflikty narastają stopniowo i są na bieżąco rozładowane, ludzie na siebie wzajemnie wpływają, związek posiada jakąś dynamikę, są w nim chwile dobre i złe i takie też pozostają po nim wspomnienia.

W związku z psychopatą jest inaczej. Tu nie ma interakcji dwóch osobowości. Jest najpierw posunięta do granic absurdu idealizacja, następnie coraz silniejsze uzależnianie od siebie i wszechogarniająca kontrola, po czym następuje znudzenie "obiektem" (bo niestety, w tego rodzaju układach, nie ma mowy o "człowieku", dla psychopaty jesteś jedynie przedmiotem służącym do wykorzystania go w konkretnych celach) i brutalne wyrzucenie go do śmietnika. Może to nastąpić z dnia na dzień, kiedy psychopata znajdzie nową ofiarę z jeszcze nie wyczerpanymi "bateriami", częściej jednak będzie dręczył na raz tak wiele "źródeł energii", jak wiele zdoła omamić. O ile w normalnym związku na "twardych dyskach" obu partnerów zapisywane są rozmaite wspólne przeżycia, różne emocje, a proces ten polega na operacji "dodaj" lub "wklej", ewentualnie "zamień" (jeśli pod swoim nawzajem wpływem ucierają się rozmaite stanowiska), o tyle związek z psychopatą przypomina raczej jego "podpięcie się" do Twojego twardego dysku w celu wykonania operacji "wytnij". Na początku jeszcze tego nie wiesz, wydaje Ci się, że Twój partner słucha Cię godzinami dlatego, że Cię kocha oraz dlatego, że mówisz interesująco i ogólnie jesteś wspaniała. Niestety. Z dwojga złego lepszy jest facet, który powie, że "te babskie rozkminy to nie dla niego" i odpali mecz. Wkurzające, ale bardziej szczere. Psychopata zrobi to samo, ale dopiero wtedy, kiedy totalnie Cię uzależni od swojej obecności, atencji i adoracji. A słucha Cię niestety nie jak kochający człowiek, który pragnie Ci pomóc w Twoich zmartwieniach, ale jak ubek, którego interesuje poznanie Twoich słabych punktów po to, żeby móc Tobą manipulować.

2. Tu dochodzimy do punktu drugiego, czyli traumy związanej z tym, że oto najlepszy przyjaciel okazał się najgorszym wrogiem, a co więcej - był nim także wówczas, kiedy zapewniał o największej na świecie miłości, kiedy powierzałaś mu swoje sekrety, zwierzałaś się ze swoich lęków i słabości, kiedy dzieliłaś z nim codzienność. Normalny związek też rzecz jasna czasem rozczarowuje, okazuje się nie spełniać naszych oczekiwań, a związana z nim bliskość nie raz przynosi ból. Wszystko to jednak następuje w sposób NIEZAMIERZONY, w wyniku niedojrzałości, słabości, strachu, lenistwa, ale nigdy - złej woli. Normalny facet, nawet jeśli decyduje się na rozstanie, ma poczucie porażki, przeżywa przykrość i stara Ci się oszczędzić nadmiernego bólu - na tyle, na ile tylko jest to możliwe. Psychopata natomiast nie czuje do Ciebie niczego poza ewentualną fascynacją / chęcią ZDOBYCIA Cię. Jesteś mu totalnie obojętna jako człowiek, jego interesuje jedynie to, czego mu dostarczysz. A że tego rodzaju kreatura karmi się ekstremalnymi emocjami, nie omieszka wykorzystać okazji, aby je w Tobie wzbudzić. Nie odejdzie od Ciebie zatem honorowo. Uwodząc nową ofiarę, będzie Cię zwodził do ostatniej chwili, na przemian (bądź jednocześnie) zapewniając o gorącym uczuciu i darząc lodowatym chłodem. A Ty, skazana na domysły i przeczucia, będziesz się rozpaczliwie miotać, nie spać, nie jeść, wariować. Kolejna ofiara podobnie - nie uzyska jasnego, uczciwego komunikatu: "nie możemy być razem, bo z kimś jestem" bądź: "jestem w trakcie kończenia mojego poprzedniego związku, więc zawieśmy proszę kontakt na kilka miesięcy, z szacunku do wszystkich chcę najpierw uporządkować swoje sprawy". Nie. Nowa ofiara usłyszy o tym, że psychopata jest wolny bądź że z dawną partnerką od dawna nic go nie łączy, ale musi jeszcze załatwić z nią kilka spraw formalnych. Po czym dowie się, że nadal ze sobą sypiają.

3. Z psychopatą nie sposób rozstać się honorowo. Tu nie ma miejsca na pozostawienie dobrych wspomnień, na otoczenie wspólnej przeszłości szacunkiem, zachowanie przyjacielskiej bądź koleżeńskiej życzliwości. Rozstanie jest walką na śmierć i życie, w której jeden fałszywy ruch bądź jedna chwila słabości może kosztować niebywale drogo. Stąd też tak trudno się rozstać - przestać wierzyć, że prośby o "konstruktywną rozmowę" / "ostatnią szansę" tudzież deklaracje o nawróceniu bądź proszenie o radę na gruncie zawodowym to coś więcej niż tylko kolejne odsłony manipulacji. Normalni ludzie rozstając się z kimś, kto kiedyś był im bliski, starają się życzyć tej osobie dobrze i zachować do niej szacunek. Tutaj niestety nie może być o tym mowy. Wie to każda ofiara psychopaty, która zapragnęła odejść od niego zanim jeszcze skończył jej się przewidziany przez psychopatę termin przydatności do spożycia / użycia. W normalnych relacjach, kiedy jedna ze stron pragnie zakończyć związek, druga - choćby bardzo cierpiała - godzi się z tym, wiedząc, że nie da się kogoś zmusić do miłości. Może czekać na czyjś powrót, może starać się podjąć rozmowę, dwie, trzy, koniec. Szacunek dla drugiego człowieka wymaga uszanowania jego wolności. Psychopaty to nie dotyczy. Kiedy zdecydujesz się zerwać z nim "przed czasem", będzie Cię bombardował telefonami, smsami, mailami, wizytami domowymi i szantażami. Kilka razy się nabierzesz, kilka razy ulegniesz, bo psychol umiejętnie zagra na Twoich emocjach, a z czasem wpadniesz w totalną nerwicę i będziesz się bała wychodzić z domu nawet po wodę i bułki. Na dodatek od części znajomych usłyszysz: "on Cię musi strasznie kochać, skoro tak o Ciebie walczy!", a od innych: "Co Ty mu takiego zrobiłaś, że facet tak odleciał na Twoim punkcie?". Nie słuchaj tego. Nic mu nie zrobiłaś i nie odleciał. Wkur...ił się tylko ekstremalnie, bo ośmieliłaś się postawić na swoim i odejść z własnej woli. A przecież nie po to tę wolę łamał wszystkimi dostępnymi środkami, żeby się przekonać, że Ty nadal jesteś jeszcze w stanie z niej skorzystać i pokazać mu gest Kozakiewicza.

Podsumowując:  To nie jest zwykłe zerwanie. Często występuje po nim regularna depresja, nerwica lękowa bądź Zespół Stresu Pourazowego. Ważne, aby to zrozumieć i podejść do sprawy odpowiednio poważnie, w miarę możliwości korzystając z opieki psychiatrycznej i psychologicznej. Niezwykle istotne jest także danie sobie mnóstwa czasu na stopniowe, łagodne dochodzenie do siebie. Tu nie ma mowy o żadnym sztucznym przyspieszaniu tego procesu, w ten sposób można tylko "uwięzić" traumę, która nieprzeżyta i nierozładowana, może przerodzić się w przewlekłą depresję bądź chorobę somatyczną. Uspokajam - sprany mózg po pewnym czasie wraca do formy, a sformatowany twardy dysk przestaje odtwarzać zgraną płytę z horrorem i zaczyna absorbować nowe, piękniejsze treści. Wymaga to jednak bezwzględnego przestrzegania zasady "zero kontaktu", sporej pracy nad sobą, cierpliwości i otaczania się dobrymi i mądrymi ludźmi. Oraz dużo snu :) (serio :)).


sobota, 31 października 2015

Psychopata to nie wariat

"To niemożliwe, żeby ktoś był tak wyrachowany, musiało mu >>paść na mózg<<". "On jest zrozpaczony, muszę mu jakoś pomóc". "W takiej sytuacji przestaje się myśleć o tym, co było nie tak, trzeba ratować człowieka".

...i tak dalej, i tak dalej.

Psychopata przegiął, zrobił coś, czego absolutnie nie jesteś w stanie zaakceptować, jesteś wściekła, zrozpaczona, rozczarowana i przerażona? Najpierw usłyszysz, że to nie tak, jak myślisz, że to nie jego ręka, głowa, noga, oko, mózg / penis. Ok, znasz to, nie zadziała. No to gramy dalej, tym razem w "porozmawiajmy spokojnie, rzeczywiście, popełniłem straszny błąd, ale dopiero tak skrajna sytuacja uświadomiła mi, jak bardzo Cię kocham i jakim potwornym nieszczęściem byłaby utrata Ciebie". Też znasz.

No to skoro nie da się już oszukać ani Twoich zmysłów, ani głowy, kolej na emocje. Najpierw może być "lajcik" - przeprosiny, dramatyczne wyznania miłości, łzy, padanie na kolana / padanie na kolana przed świętym obrazem (wersja dla wierzących). Jeśli i w tym odkryjesz tani teatrzyk, sprawa robi się poważniejsza. Teraz kolej na wytoczenie grubych dział. "Nie wiem, co mi jest, taki straszny ucisk w klatce piersiowej, nie mogę oddychać". I co wtedy robisz? Trudno, olać własną rozpacz, trzeba ratować człowieka. Pytasz, w którym miejscu boli, szukasz leków, starasz się delikwenta uspokoić, bo może to naprawdę zawał itd. No a potem się wszystko "jakoś rozchodzi", bo przecież nie będziesz poruszać trudnych tematów z facetem, który dopiero co cofnął się z granicy świata żywych i umarłych. I o to - i tylko o to - od samego początku mu chodziło. 

Nie mieści Ci się w głowie, że można posunąć się do takiego zwyrodnialstwa, żeby coś takiego ODEGRAĆ. Za pierwszym razem się nie mieści, później z przerażeniem odkrywasz, że to jednak jego stały myk. Mój eks miał dwa poważne zawały, jak również dwa razy popełnił samobójstwo. Drugiego już nie kupiłam, choć scenka była odegrana porządnie - z listem pożegnalnym, nieobecnością w pracy, nieodbieraniem niczyich telefonów. Moja rada? Jeśli Wasz miś ma "zawał" bądź grozi samobójstwem - w pierwszym przypadku wzywamy pogotowię, w drugim - policję. To nasz ustawowy obowiązek w przypadku zagrożenia życia. Jeśli człowiek rzeczywiście jest chory, uratujemy mu życie, jeśli nie - uratujemy swoje. Zobaczymy wtedy prawdziwą twarz wściekłego psychola, któremu nie udała się sztuczka i dzięki temu będziemy mieć szansę szybciej zerwać i z nim, i z własnymi złudzeniami.

Darujmy sobie także perswazje, terapie i leczenie - tzn. zajmijmy się nimi, ale w SWOIM, a nie psychopaty kontekście. On leczenia nie chce i nie potrzebuje. Nie jest zagubionym misiem, tylko drapieżnikiem działającym według prostego schematu - opłaci mi się to bądź nie. On NIE CHCE się zmienić. A my dzięki terapii dojdziemy do punktu, w którym bycie z nami totalnie nie będzie mu się opłacało. Bo to, że nam się to nie opłaca, jest pewne. Powodzenia, konsekwencji, cierpliwości, a potem dużo radości z nowego życia życzę :)


środa, 28 października 2015

Strzeż się pociągu. Zwłaszcza fizycznego ;)

Czego kobieta szuka w mężczyźnie? SIŁY. Mowa oczywiście o normalnych kobietach, a nie heterach chcących swojego mężczyznę udupić i ciosać mu (wałkiem) kołki na głowie. Problem jednak w tym, że wcale nie tak trudno pomylić siłę z agresją. W sposób atawistyczny podoba nam się, kiedy facet jest męski, wyrazisty, odważny, umie bronić swojego zdania i potrafi ryzykować, kiedy trzeba. Nie oszukujmy się - ciapy nas nie pociągają, możemy ich wybierać na kumpli, ale raczej nie poczujemy z nimi chemii. Poszukiwanie w mężczyźnie męskości wydaje się czymś zupełnie normalnym. We współczesnym świecie istnieją niestety negatywne zjawiska, które mocno krzyżują nam plany. Pierwszy problem scharakteryzowała Danuta Rinn w piosence "Gdzie ci mężczyźni".



Zniewieściałe narcystyczne typy z falą nad czołem, w spodniach rurkach, dbający głównie o swoją urodę i dobierający znajomych na podstawie odpowiednio wysokiego poziomu zachwytu odbijającego się w oczach interlokutora, programowo zblazowani i "tajemniczo" milczący bądź patrzący w dal zamglonym spojrzeniem intelektualisty myślącego o sprawach wyższych. Tragedia. Na drugim biegunie mamy z kolei facetów typu piwko-meczyk. W takich nie widzę nic złego, pod warunkiem, że piwko nie oznacza siedemnastu browarów otwieranych okiem już od siódmej rano, a meczyk - melanżu kończącego się wyrzuceniem z kolejnej pracy. No i jeszcze jedna niezwykle ważna sprawa: ŻEBY SIĘ DAŁO POGADAĆ. Jeśli nie ma o czym, może być ciężko. Można popaść w poszukiwania ideału-łączącego-inteligencję-siłę-i-wrażliwość i... skończyć w ramionach psychopaty.

A dlaczego? Ano dlatego, że nikt Ci tak dobrze nie odegra Faceta Twoich Marzeń. Szybki skan oczekiwań, głodów, słabości, błyskawiczne przetworzenie danych i oto już mamy gotowy produkt-na-jaki-czekałaś-od-wielu-lat. Inteligentny, zabawny, opiekuńczy, a przy tym - MĘSKI. Ktoś się do Ciebie przystawia w knajpie? Dostanie po mordzie. A Ty myślisz: "Wow, nareszcie facet, który się nie boi." Na drugiej randce słyszysz oświadczyny? "Wow, nareszcie koleś, który wie, czego chce". Masz ochotę jechać z koleżankami na parę dni poza miasto, słyszysz: "Kochanie, wyjedź ze mną, po co Ci te kumpele" i myślisz: "Wow, zazwyczaj to kobiety chcą, żeby ich faceci spędzali z nimi więcej czasu niż z kumplami, ale mam szczęście". Tyle że jeszcze nie wiesz, że wszystkie "WOW" zamienią się wkrótce w "SOS". 

Nie wiesz, że masz do czynienia nie z człowiekiem z krwi i kości, ale z wydmuszką w masce. Nie wiesz, że jego pozorna siła to agresja, "zdecydowanie" i parcie do małżeństwa i posiadania dzieci oznacza chęć stworzenia z Tobą jak największej liczby formalnych i emocjonalnych powiązań zanim zorientujesz się, że coś w tym związku nie gra, "uważność" to maniakalna kontrola, a  zazdrość nie oznacza, że mu na Tobie zależy, ale że masz być jego ubezwłasnowolnioną własnością. Nawet wtedy, kiedy zaczniesz widzieć to wszystko, wciąż będzie Ci trudno uwierzyć. Dlaczego? Dlatego, że trudno jest porzucić złudzenia.

Drugi powód to "chemia". Pociągający iluzją siły psychopata szybko będzie dążył do stworzenia z Tobą więzi fizycznej. Nie tylko dlatego, że jest to jeden z jego podstawowych motorów życiowych, ale przede wszystkim dlatego, iż więź fizyczna daje mu ogromne możliwości kontrolowania ofiary. Ponadto "chemia" w myśl współczesnej kultury, wymyka się ocenom moralnym, a nawet jest uznawana za żywioł, z którym nie warto i wręcz nie ma sensu walczyć, bo po pierwsze i tak się z nią nie wygra, a po drugie - stłumi się w sobie podstawową "siłę życiową". No i pułapka gotowa. Mechanizm jest prosty. (Pozorna) siła oddziałuje na nasze poszukiwanie męskości, powstaje chemia, a jeśli więź fizyczna zostaje nawiązana zbyt wcześnie i nie wynika z doświadczenia prawdziwej bliskości duchowo - emocjonalnej, pojawia się uzależnienie. A z niego ogromnie trudno wyjść. W związku z psychopatą może ono być wyjątkowo silne, ponieważ wzmacnia je amplituda ekstremalnych - pozytywnych i negatywnych - emocji. Stąd też częste u ofiar manipulatorów konstatacje: "wiem, że to chory związek, ale nie potrafię mu się oprzeć".

To efekt pielęgnowania uzależnienia, podbudowany na dodatek ideologicznie przez filmy o wielkich namiętnościach, Bohunach i Heathcliffach. Zdanie sobie sprawy z tego, że w uzależnieniu nie ma nic romantycznego, ale że jest to raczej żałosne, odbierające wolność i godność oraz z tego, że NIE ISTNIEJE coś takiego jak "zła miłość", może - i powinno - spowodować przewrót kopernikański w naszym życiu. Jeśli nauczymy się emocje NAZYWAĆ zamiast im ULEGAĆ i będziemy w tym konsekwentne, wkrótce okaże się, że nasz umysł "odczadzieje" i zobaczymy z całą jaskrawością, za jakimi tandetnymi głupotami uganiałyśmy się przez całe lata. I z całą pewnością przestaną nas pociągać pomalowane w barwy wojenne wydmuszki ze strusich (dla uwypuklenia cechującego psychopatów tchórzostwa) jaj. Dostrzeżemy również, że agresja to SŁABOŚĆ, nie żadna siła, a niedbanie o bezpieczeństwo (moralne, duchowe, emocjonalne, bytowe) kobiety to totalny egoizm i brak męskości. Z pewnością staniemy się także odporne na prymitywne uwodzenie - szybką jazdą samochodem, tekstami o tym, jak to ktoś chciałby nas pożreć tudzież minami a' la Marlon Brando / lew z czołówki MGM:

Poszukamy SIŁY tam, gdzie ona się rzeczywiście znajduje - w umiejętności panowania nad sobą, wykazywania się odwagą w WAŻNYCH sprawach, a nie po to, żeby komuś coś "udowodnić" dla własnej niskiej satysfakcji, pokazywaniu pazurów w obronie wartości, a nie z chęci dania upustu swojemu niewyżyciu itd. Aby to dostrzec i umieć odróżnić ziarno od plew, konieczne jest jednak uporządkowanie WŁASNEGO wnętrza. Ale wszystko z Bożą pomocą da się zrobić ;)

sobota, 24 października 2015

Tańczące ze (złymi) Wilkami

Po okresie depresji przeżywanej na zmianę z falami złości, smutku i bólu, musi przyjść czas na zadanie sobie pytania o PRZYCZYNY, dla których weszło się w toksyczny związek bądź zbyt długo w nim pozostawało. DDA (Dorosłe Dzieci Alkohlików), DDD (Dorosłe Dzieci z Rodzin Dysfunkcyjnych), KKZB (Kobiety Kochające Za Bardzo) - wszystkie te zaburzenia czynią z kobiet (bądź mężczyzn, choć zdecydowanie rzadziej) łakome kąski dla psychopatów i innych osobników o wampirycznym podejściu do życia.

Co jest tutaj wspólnym mianownikiem? GODNOŚĆ. Każde z wymienionych zaburzeń wiąże się z poważnym naruszeniem poczucia godności. Osoba, której godność została mocno nadszarpnięta w wyniku doświadczenia braku szacunku, agresji, braku poszanowania granic, nie umie ich obronić w życiu dorosłym, ponieważ ich na ogół NIE POSIADA. W efekcie nie wie do końca, jakie zachowanie wobec niej jest normalne i dobre, a jakie stanowi już przejaw manipulacji czy wykorzystania. A jeśli nawet czuje, że coś dzieje się nie tak, jak powinno, nie potrafi się przed tym obronić. Kiedy doda się do tego poważne deficyty miłości i poczucia bezpieczeństwa, jakie noszą osoby z tego typu zaburzeniami i nałoży na to klasyczny trick psychopatów, czyli "bombardowanie miłością", mamy gotowe nieszczęście. Do tego trzeba dodać jeszcze silną skłonność do uzależnień bądź współuzależnień, jaką również wykazują ludzie z syndromem DDA/DDD. Fundowana przez psychopatę mieszanka pozytywnych i negatywnych emocji o wielkim nasileniu, wciąga jak narkotyk. W miarę trwania związku coraz trudniej się z niego wyplątać, bo po pierwsze coraz mniej ma się na to siły, mózg staje się zarazem coraz bardziej wyprany, jak i coraz mocniej uzależniony, a pajęcza sieć wzajemnych zależności utkana przez psychopatę oraz jego skuteczne izolowanie ofiary od otoczenia, w krótkim czasie wywołuje u niej przekonanie, że znalazła się w sytuacji bez wyjścia.

Tymczasem wyjście jest. Tyle że w celu opuszczenia tego rodzaju związku - na poziomie fizycznym, emocjonalnym i duchowym - trzeba... wyjść z siebie ;) To znaczy - porzucić dawną wersję siebie, "starego człowieka", który zamiast dążyć do piękna, dobra i rozwoju, dążył podświadomie do autodestrukcji. Zbudowanie siebie na nowo to gigantyczna praca, ale bez jej wykonania, zamkniemy się na zawsze bądź w poczuciu krzywdy, winy i izolacji, bądź też będziemy powielać te same chore schematy "tańca ze zjebami" do śmierci bądź do całkowitej utraty sił.

Punktem wyjścia do rozpoczęcia pracy nad sobą jest odzyskanie poczucia godności. Jest to ogromnie ważne, a zarazem bardzo trudne, ponieważ związek z psychopatą w nic nie uderza tak mocno, jak właśnie w poczucie godności. Jednocześnie fundując narkotyk w postaci ułudy nadmiernego wręcz dowartościowania. Psychopata niekoniecznie musi odbierać Ci godność biciem, poniżaniem czy wyzwiskami. Może np. ostentacyjnie Cię ignorować, sprawiać, że czujesz się nieważna, przezroczysta, wręcz nieistniejąca. Może Cię zdradzać, okłamywać, manipulować Tobą. Może Cię utrzymywać w roli kochanki, nie pozwalając Ci na odejście i urządzając sceny, kiedy podejmujesz takie próby. Może utrzymywać Cię w stanie najwyższej czujności, dając Ci do zrozumienia, że w każdej chwili może sobie poszukać na Twoje miejsce kogoś innego, jeśli tylko okażesz się niedoskonała. Metod jest sporo, wszystkie bardzo boleśnie uderzają w Twoją godność. W efekcie sama zaczynasz wierzyć, że jesteś do niczego i że nikt naprawdę wartościowy Cię już nigdy nie pokocha. Psychopata chętnie wzmocni w Tobie to poczucie, zalewając Cię słowami o swojej wielkiej miłości zawierającymi wypowiedziane między wierszami komunikaty: "nikt nie pokocha Cię tak jak ja" / "zdaj sobie sprawę, że trudno Ci będzie znaleźć faceta, który wytrzyma z Twoimi jazdami" / "tylko ja Cię dobrze znam i wiem, jak Cię kochać" itd. Taaaaak. Tylko że to są jedynie słowa. Na dodatek takie, którymi naprawdę kochający człowiek nie musiałby Cię co chwilę raczyć, bo Ty byś to po prostu wiedziała z praktyki. Wiedziałabyś, że Cię nie krzywdzi, nie manipuluje, nie zdradza, nie naraża na ból, nie szantażuje, że zawsze możesz na niego liczyć, że dba o Twoje dobro nawet kosztem własnego, że czujesz się przy nim bezpieczna, że jest Twoim najlepszym przyjacielem, a intuicja nie wyświetla Ci co i rusz komunikatu: "ERROR 404. Love: NOT FOUND".

Żeby jednak stworzyć taki związek, trzeba tego NAPRAWDĘ CHCIEĆ. A do tego konieczne jest przeżycie bolesnego procesu dojrzewania. Mówiąc uczonym językiem: zamiana bólu neurotycznego (tkwienia w starych schematach uzależnień) na ból rozwojowy. Strach przed tym bólem bywa potężny, podobnie silne bywają szpony starych nałogów (zwłaszcza myślowych, bo to od myśli wszystko się zaczyna). Na dodatek proces dojrzewania wiąże się z pewnymi stratami. Coś musimy wybrać, coś poświęcić, żeby otrzymać coś bardziej wartościowego. I to jest normalne, potrzebne, a po dokonaniu tego wysiłku okazuje się, że również bardzo opłacalne. Żyjemy jednak w kulturze wmawiającej nam, że rozwój polega najwyżej na kończeniu kolejnych kursów doskonalenia zawodowego, zaliczania kolejnych "eventów" albo opływaniu na jachtach kolejnych mórz i oceanów tudzież zaliczaniu kolejnych lotów na paralotni. /albo kolejnych kobiet - wersja dla leniwych/. Nie mam nic do skoków na paralotni ani do doskonalenia zawodowego. Chcę tylko powiedzieć, że to jeszcze nie jest rozwój. To tylko zdobywanie doświadczeń bądź poszukiwanie doznań. Prawdziwy rozwój to dopiero reakcja na doznania i doświadczenia. I tutaj zaczyna się zabawa, bo miarą rozwoju bywa np. NIE podjęcie kolejnego kursu doskonalenia zawodowego, tylko poświęcenie czasu chorej babci, NIE przespanie się z kolejną kobietą, tylko zrezygnowanie z tego, nawet jeśli jest po temu okazja, itd. A to bywa trudne i nudne.

Tyle że jeśli spojrzy się na życie w odrobinę tylko dłuższej perspektywie, okaże się, że jedynie panowanie nad sobą daje szansę na fajny, rozwijający i CIEKAWY związek. Bez wiedzy o tym, że Twój partner potrafi dochować wierności, nici z interesującego związku. Zamiast się rozwijać, rozmawiać, pogłębiać wiedzę o świecie i cieszyć się życiem, przy byle okazji będziesz szaleć. Gdy powie ci, że idzie na piwo z kolegami, nie zaśniesz spokojnie, kiedy długo będzie siedział przed kompem, zaczniesz się zastanawiać, czy znowu nie pisze do jakiejś dziewczyny z fałszywego konta, a kiedy wyjedziecie ze znajomymi na działkę, zamiast śmiać się śpiewać przy ognisku, będziesz nerwowo zerkać, czy nie flirtuje z Twoimi koleżankami. Upokarzające i mało rozwijające. Życie na wiecznej adrenalinie to nie jest sposób na nudę, ale na wycieńczenie.  

Mówcie co chcecie, ale myślę, że jestem w stanie udowodnić związek między spadkiem czytelnictwa trzeciej części "Dziadów" Adama Mickiewicza a zwiększeniem podatności na uwikłanie w związek z psychopatą. Powiem szczerze - sporo jest niestety ludzi potwornie nudnych. I to także daje psychopatom niezłe pole manewru. Kobieta wymęczona "podrywem" w rodzaju: poopowiadam ci przez godzinę o najnowszych promocjach w Tesco, palnie sobie z nudów w łeb, albo wpadnie w szpony psychopaty, który ma dobry bajer. Psychopata w bajer mocno inwestuje, bo to jego podstawowe "narzędzie operacyjne". Na początku związku jeszcze nie wiesz, że jego szlachetna i powszechnie demonstrowana miłość do ludzkości nie obejmuje najbliższego otoczenia, a rozmowy o sztuce i literaturze w gruncie rzeczy śmiertelnie go nudzą, bo dotyczą sfery zachwytu mądrością czy pięknem - a te wartości są dla psychopaty jedynie NARZĘDZIAMI do grania na sentymentach, a nie tym, czego poszukuje w świecie w sposób bezinteresowny. Psychopata ma cechę, której znudzona przyziemnością gadek o promocjach kobieta wyczekuje jak kania dżdżu - nadaje życiu (i Tobie) poczucie wyjątkowości. Na tym zresztą bazuje w tworzeniu więzi z ofiarą. Stąd gadki o "miłości życia", więzi "jakiej z nikim nigdy nikt, nobody, nowhere" and all that... shit. Każdy człowiek ma nie tylko potrzebę poczucia się wyjątkowym, ale także bywa próżny. Hipnotyzujące gadki uzależniają.

Tyle że to kłamstwo i gdzieś tam na dnie serca czujemy przecież, że coś tu, k..., nie gra, skoro takie "wysokie C" nie przeszkadza jednocześnie w zachowaniach, które są zaprzeczeniem już nie tylko miłości, ale i elementarnego szacunku. Doświadczenie związku z psychopatą może pomóc uodpornić się na pochlebstwa. No właśnie. Dotykamy tutaj klucza do odzyskania zdrowia i wolności. To nie tylko zerwanie toksycznego związku z psychopatą, ale i toksycznego związku z... samą/ym sobą. Część tej pracy jest miła i polega na dbaniu o siebie, kupowaniu fajnych ciuchów, oglądaniu ciekawych filmów i spotykaniu z wartościowymi ludźmi. Część jednak nie jest już ani łatwa, ani szybka, ani powierzchowna. Polega na poznaniu siebie - także swoich wad, takich jak niedojrzałość, uleganie emocjom, próżność, naiwność, lekkomyślność czy uciekanie przed odpowiedzialnością i opanowania ich na tyle, żeby przestały one rządzić naszym życiem. W pięć minut się tego nie zrobi, ale w jakieś dwa lata - tak :) A wtedy żaden psychopata nie będzie miał już do nas dostępu, bo panujący nad sobą, dojrzały i umiejący obronić swoją godność człowiek to dla dążącego do przejęcia kontroli manipulatora żadna atrakcja. Nie mówiąc już o tym, że z kolei dla dojrzałego człowieka żadną atrakcją nie jest już psychopata. Życzę wszystkim wytrwałości we wprowadzaniu pozytywnych zmian i niezrażania się NORMALNYMI podczas tego procesu trudnościami.

poniedziałek, 19 października 2015

"Niektórzy mężczyźni nie tolerują arszeniku..." ;)


Prawda, że ładne? :) Nie chodzi oczywiście o zemstę, ale o odzyskanie poczucia siły. Złości nie trzeba się bać, warto nią tylko pokierować tak, aby na tym skorzystać, a nie stracić. Czyli: nie naśladujemy pań z filmiku, bo pójdziemy do więzienia ;)

Jak zatem skanalizować wściekłość, która w stanie ostrym kumuluje się w takim natężeniu, że można by jej użyć nie tylko do oświetlenia średniej wielkości miasta, ale także do wystrzelenia w kosmos średniej wielkości rakiety? Pierwsza Zasada Zachowania Klasy brzmi: żadnego prymitywnego mszczenia się. Każde słowo wykrzyczane w złości i łzach przedłuża proces gojenia się ran, a zarazem stanowi nagrodę dla psychopaty, który dzięki osiągnięciu przez Ciebie temperatury wrzenia, czuje się WAŻNY. Dramatycznymi scenami niczego mu także nie uświadomisz, bo on działa ŚWIADOMIE. Kontroluje się, umie nad sobą panować, kiedy mu się to opłaca, a kiedy wie, że to na Ciebie podziała - odgrywa sentymentalne scenki bądź "wpada w szał". Pierwsze mają Cię uwieść, drugie - zastraszyć.

Olej to. Im szybciej przekujesz chęć zemsty w INWESTYCJĘ w siebie, tym dla Ciebie korzystniej. Nie da się rzecz jasna zrobić tego automatycznie i nikogo nie namawiam do wypierania wściekłości, uważam wręcz, że jej pojawienie się świadczy o rozpoczęciu procesu zdrowienia. Gorąco zachęcam natomiast do uprawiania sportu (może być np. strzelnica ;), odreagowywania przez sztukę, wielkie porządki, wielkie zakupy, wyjazdy, cokolwiek, co może pomóc. Seryjne rozbijanie (byle brzydkich i niepotrzebnych) naczyń też wcale nie jest głupie. Nie zawsze trzeba być miłym i grzecznym, czasami wręcz nie wolno. Bardzo uwalnia także czytanie o mechanizmach rządzących toksycznymi relacjami i stopniowe opanowywanie burdelu w głowie. Ogromnie ważna jest także wymiana doświadczeń z innymi ofiarami. Tę zasadę stosują zresztą, jak widać na załączonym obrazku, bohaterki musicalu "Chicago" ;)

W procesie kanalizowania złości ważne jest jedno - żadnych kontaktów z psycholem. To jest zniżanie się do jego poziomu i branie udziału w grze, w której zawsze przegrywasz - bo tak się kończy starcie człowieka posiadającego sumienie i nieprzekraczającego pewnych granic ze zwyrodnialcem dążącym za wszelką cenę do osiągnięcia swojego CELU. To zresztą najbardziej odrażająca cecha psychopatów - w kontakcie z nimi największe straty ponoszą ludzie najbliżsi, najwrażliwsi, najsłabsi i najbardziej ufni. O ile "zwykły" łobuz powie: "ty, mała, podobasz mi się, chciałbym cię przelecieć, ale wiesz, mam rodzinę i nie mam ochoty, żeby ktoś się o tym dowiedział" (taki komunikat jest oczywiście obrzydliwy, ale jakoś tam brutalnie szczery), o tyle psychopata powie Ci: "kocham Cię, czekałem na Ciebie całe życie, nie możesz odejść, bo to mnie zabije", a potem zażąda nie tylko Twojego ciała, ale przede wszystkim serca. Nie będzie miał na tyle honoru, żeby poszukać sobie "do zabawy" kobiety równie cynicznej, jak on. On będzie chciał się pobawić człowiekiem ideowym, łamać stopniowo jego kręgosłup moralny, wyszukując słabe punkty i uporczywie na nie oddziałując. Nie dając nic w zamian, będzie chciał, żeby ktoś zostawić dla niego wszystko, co do tej pory było mu drogie. A po co? A bo tak. Dla zabawy. Straszne? Straszne. Jedyne rozwiązanie zatem to WIAĆ, a potem namierzyć własne słabe punkty, które uczyniły nas podatnymi na tego rodzaju chory układ. I to im trzeba wypowiedzieć wojnę, nie psychopacie. Jego i tak się nie zmieni, szkoda czasu.

sobota, 17 października 2015

Something stupid like "I love you"


- Ale powiedział ci już, że cię kocha??
- Nie :(((
- Ojej...

**

- Wyznał mi miłość.
- O jaaaaa, niesamowite...
- Nooo :))

::

Jeśli spojrzymy na te dwie sytuacje zupełnie na chłodno, to z obu właściwie niewiele wynika. A tymczasem pierwsza z nich budzi raczej negatywne, druga zaś pozytywne emocje. Dlaczego? Bo po pierwsze, co dobre, prawdziwe i naturalne - miłość jest naszą podstawową potrzebą i tęsknotą, a po drugie - jesteśmy nafaszerowani Hollywoodem. Na twardych dyskach naszych mózgów mamy wgrane tysiące filmów, w których wyznanie "kocham cię!" (najlepiej oczywiście po jakimś biegu i w deszczu ;)), wieńczy akcję. Skoro wyznanie "kocham cię" to w wielu dziełach literackich i produkcjach filmowych, podstawowy CEL, na dodatek tak ogromny, że można i wręcz należy, podporządkować mu wszystko inne, na to właśnie programujemy się, wyczulamy i ustawiamy swój azymut.

No i kiedy TO usłyszymy, otwieramy swoje serca i domy, smażymy kotlety i wyskakujemy z bielizny. Tja. A potem rozpaczamy, że ktoś nas zostawił, "a przecież kochał". I zaczynamy pogoń za "utraconą miłością". A prawda jest taka, że niczego nie utraciłyśmy, bo też niczego nie było.

Kiedy mamy do czynienia ze względnie normalnym facetem egoistą, powie nam "kocham cię" może nawet szczerze, w fazie, kiedy najbardziej mu się podobamy i kiedy nie wyobraża sobie życia bez nas. A wtedy mógłby wziąć odpowiedzialność najwyżej za słowa: "lecę na ciebie". No ale trochę to tak jednak brzmi nie ten teges. Mówi zatem "kocham", bo CZUJE, że kocha i nie wie jeszcze (albo nie chce wiedzieć tudzież udaje, że nie wie), że miłość to nie uczucia, ale postawa. Brzmi to jak dziewiętnastowieczny wykład prababki z wielkim, siwym kokiem, ubranej jeno w mole i naftalinę i oczywiście można byłoby na to prychnąć wydymając z wyższością wargi napompowane botoksem, gdyby to nie była prawda. Żeby sięgnąć po mądrość, trzeba mieć pokorę. A tej nabywa się czasem dopiero po szesnastym zderzeniu ze ścianą tudzież betonem. I dobrze, nadal warto skorzystać, znacznie poprawiając sobie jakość życia. Lepiej późno niż wcale.

Jeśli nie NAUCZYMY SIĘ kochać siebie i innych i zaczniemy się wiązać z innymi niedojrzałymi mężczyznami czy kobietami, najprawdopodobniej się poranimy. Jeśli jednak trafimy na psychopatę, wtedy będziemy musieli/musiały, walczyć o życie. Plusem tak hardkorowej sytuacji jest jednak to, że w tej walce mamy naprawdę potężny impuls, aby dojrzeć. Jeśli chodzi już nie tyle o jakość życia, ale i o samo przeżycie, motywacja bywa silna. Bez nabrania dojrzałości, wpadniemy bowiem ponownie w sidła - czy to tego samego, czy innego tego typu człowieka.

Mechanizm jest w gruncie rzeczy dość prosty. "Na wejściu" dostajesz NADMIAR Wszystkiego, o Czym Skrycie Bądź Jawnie Marzy Każda Kobieta. Uwagę, cierpliwość, wysłuchiwanie Cię zawsze i wszędzie, stałą obecność, adorację, zachwyt, pomoc, no i To, o Co Nam Wszystkim Chodzi, czyli: KOCHAM CIĘ.

To są słowa wielkie, piękne, uroczyste i wiele obiecujące. Trudno nie zarezonować wewnętrznie, kiedy je słyszymy i kiedy na dodatek wypowiada je atrakcyjny facet. Podkładamy pod te słowa treść, którą mamy w głowie i sercu. A zatem myślimy, że chodzi tutaj o nasze dobro i automatycznie zaczynamy bardziej ufać. Ktoś, kto kocha, nie krzywdzi. A jeśli nawet niechcący mu się to zdarzy, cierpi z powodu wyrządzonej kochanej osobie przykrości.

Ale nie psychopata. Psychopatę w twojej krzywdzie będzie interesowało jedynie to, czy mimo ponoszonych przez Ciebie strat jeszcze jesteś podatna na bajki, które Ci opowiada i czy nadal ze związku z Tobą odnosi jakąś korzyść.

Kiedy myślę o tamtym czasie, mam w pamięci przekonanie, że jeśli nareszcie uświadomię mu, jaki ból przeżywam i jak bardzo niszczy mnie ta relacja, on nareszcie opamięta się i da mi spokój. Nie mieściło mi się w głowie, że to może nie mieć żadnego znaczenia. Nie miał znaczenia nawet już bardzo groźny stan, kiedy na skraju wyczerpania brakiem snu, chciałam pojechać do szpitala psychiatrycznego po jakiekolwiek leki umożliwiające zaśnięcie. Usłyszałam wtedy stanowczy sprzeciw, który bardzo mnie zdziwił, bo sądziłam, że w naprawdę skrajnej sytuacji robi się wszystko, żeby pomóc kochanemu człowiekowi. Kiedy patrzę na to z dzisiejszej perspektywy, sądzę, że chodziło tu zwyczajnie o OPINIĘ innych ludzi na jego temat. Im więcej osób trzecich, tym większa szansa, że ofiara zacznie myśleć samodzielnie oraz że sprawca zostanie zdemaskowany. To ciekawe, ale nawet wtedy w jakimś sensie wierzyłam, że on nie może odpuścić i przestać mnie nachodzić (w jego języku: "walczyć o mnie"), bo mnie tak bardzo "kocha".

Dziś wiem, że jeśli w "miłości" istnieje jakikolwiek przymus, jest to jej zaprzeczeniem. Słusznie napisał ksiądz Marek Dziewiecki: "Pomylić miłość z jej imitacjami to popełnić tak straszny błąd jak pomylić życie ze śmiercią". I to jest fakt. Taka "zabawa" może okazać się dla nas niezwykle niebezpieczna, bo kiedy sądzimy, że przeżywamy miłość, otwieramy się, ufamy, wpuszczamy kogoś do swojego świata. A kiedy wpuścimy tam zło, przeżyjemy potężną rozpacz i wielkie spustoszenie. A na dodatek... uzależnimy się od sprawcy przemocy. Będziemy tęsknić za tym magicznym "kocham cię" jak za działką heroiny i robić wszystko, żeby to ponownie usłyszeć. Jak każdy uzależniony, poświęcimy dla nałogu wszystko, co było dla nas kiedyś ważne - przyjaciół, rodzinę, relację z Bogiem, zainteresowania, pracę, samego siebie.

Co dostaniemy w zamian? Mówiąc brutalnie - gówno. Niestety, "illusion never change into something real", jak śpiewała Natalia Imbruglia. Warto zatem jak najszybciej zdać sobie sprawę z tego, że tutaj nie jest potrzebna jeszcze jedna para seksownych pończoch "aby obudzić jego zetlałe uczucie", ale DETOKS. Droga przez mękę, ale do gwiazd :) Pocieszającą sprawą w bezmiarze rozpaczy, w jakim znajdują się porzucone ofiary będzie przyjęcie do wiadomości, że skoro to nie była miłość, to naprawdę nie stało się nic strasznego, że "już jej nie ma".

Jej odejście robi miejsce PRAWDZIWEJ MIŁOŚCI. A prawdziwa miłość nie kłamie, nie manipuluje, nie zdradza, nie wykorzystuje (nowa wersja Listu św. Pawła do Koryntian ;). A na dodatek z jej przyjęciem nie trzeba zwlekać ani czekać na Magiczny Piorun. Ona już tu jest i na nas czeka. Jest w każdym życzliwym geście dobrego człowieka, w uśmiechu, serdeczności, bezinteresowności, w oparciu od bliskich, a czasem i obcych ludzi.

Dlatego wszystkie ofiary przemocy serdecznie namawiam do uczestnictwa w grupach 12 kroków, kobiet kochających za bardzo lub tp. Zdrowienie i nabywanie dojrzałości musi przebiegać dwutorowo - trzeba zdobywać wiedzę i jak najwięcej czytać o tym, co się wydarzyło, starając się zrozumieć, jakie mechanizmy w Tobie do tego doprowadziły, ale trzeba także DOŚWIADCZYĆ ciepła, serdeczności i wsparcia. Bez tego niestety łatwiej sięgnąć po strzykawę z trucizną. A, jak wiadomo, z każdego nałogu są dwie drogi wyjścia - całkowita abstynencja albo śmierć. I tym optymistycznym akcentem kończąc, życzę wszystkim dużo wiary i nadziei :) Bo ile można o miłości ;)