sobota, 26 marca 2016

Alleluja!

Kochane Dziewczyny!

Życzę Wam pięknych, radosnych Świąt Wielkiej Nocy, zwycięstwa dobra nad złem, miłości nad nienawiścią, nadziei nad rozpaczą, wiary nad zwątpieniem, odwagi nad lękiem, sprawiedliwości nad krzywdą, światła nad ciemnością, a przede wszystkim życia nad śmiercią!

Życzę Wam, żebyście nigdy nie pozwoliły złu wrócić do Waszego życia, żebyście były silne, piękne wewnętrznie, mądre, dzielne, delikatne, ale już nie naiwne, radosne, pełne nadziei, świadome swojej ogromnej wartości i niepowtarzalności, żebyście umiały dostrzegać dobro w świecie, innych ludziach i sobie, żeby wszelkie krzywdy, jakie Was spotkały, odeszły w niepamięć i nie zniszczyły Waszej wrażliwości, życzę Wam dużo zdrowia, spokojnego snu, życzliwości innych ludzi i życzliwości dla samych siebie, wspaniałych spotkań, ciekawych rozmów, mądrych przemyśleń, fascynujących podróży, życia, które ma smak, kolor, zapach i blask! Wszyyyyystkiego dobrego!!!

Wasza Wadera ;)


sobota, 19 marca 2016

Miłe złego początki

Jedna z Was zapytała w komentach, w jaki sposób może pomóc przyjaciółce, która zdaje się właśnie pakować w związek z psycholem. Zaczęłam pisać odpowiedź, ale że wyszła mi z tego notka, wrzucam ją jako osobny kawałek, żeby przydała się wszystkim czytelni(cz)kom.

Pierwsze, charakterystyczne oznaki, to z reguły skrajna idealizacja i zbyt szybkie przeskakiwanie kolejnych etapów bliskości. Psychopata na ogół wyznaje miłość w czasie pierwszych kilku spotkań (a czasem i wcześniej, przez internet), a jeśli ofiara ma jakieś wątpliwości co do zbyt szybkiego tempa zacieśniania relacji, szybko zacznie być subtelnie, a skutecznie szantażowana

Psychopata zrobi minkę a' la Zakochany Kundel i powie: "czyli nie kochasz mnie tak mocno, jak ja... Nie dziwię Ci się, taka świetna dziewczyna... Kim ja jestem przy tobie... :(((" albo coś w ten deseń. I już ofiara zostaje ugotowana poczuciem winy i wyrzutami sumienia z powodu własnej nieczułości. Potem będzie konsekwentnie na tę minkę zbitego psa reagować - z czasem także wtedy, kiedy zostanie okłamana, uderzona czy zdradzona. Będzie chciała odejść, ale psychopata przyjdzie do niej z czułym i skruszonym wyrazem twarzy, powie, że nie wie, jak to się mogło stać, że zły duch w niego wstąpił i że to takie straszne, bo wie, że zapewne traci właśnie przez własną głupotę swój jedyny sens życia. Oraz jedyną osobę, która może uratować go przed nim samym / przed stoczeniem się w ciemną otchłań. 

Następny, najbardziej charakterystyczny, ale zarazem często najtrudniejszy do wyłapania sygnał świadczący o tym, że wpadamy w sidła psychopaty to jego chęć KONTROLI. Nie od razu kontrola ma postać awantur, jeśli nie odbierzesz telefonu na czas albo bez pozwolenia pana i władcy spotkasz się z przyjaciółką. Z początku w ogóle nie jesteś świadoma, że w tym wszystkim chodzi właśnie o nią. Przeciwnie - cieszysz się, że nareszcie spotkałaś faceta, który szaleje za Tobą, któremu zależy NAPRAWDĘ, a nie na pół gwizdka, którego interesuje WSZYSTKO, co Ciebie dotyczy - Twoje dzieciństwo, Twoje słabości, Twoje życiowe potknięcia, Twoje lęki, Twoje sukcesy, Twoi byli, Twoje koleżanki, Twoja rodzina, Twoje zainteresowania i stan Twojego zdrowia. 

My, kobiety, z reguły uwielbiamy gadać. Faceci uwielbiają to nieco mniej. Wolą przejść do działania i rozwiązać problem, co my często uważamy za brak zrozumienia i czułości. Kiedy zatem trafimy nareszcie na gościa, który z zachwytem w oczach słucha wszystkiego, o czym mu opowiadamy, który na informację o każdej naszej słabości czy problemie, reaguje przytuleniem, pocałowaniem w czoło i zapewnieniem: "od tej chwili jesteś kochanie bezpieczna", czujemy się jak w bajce. W pogoni za tym "utraconym rajem" będziemy później w stanie wiele znieść. Będzie nam się wydawało, że możemy zrobić COŚ, żeby do tego szczęśliwego stanu wrócić. Będziemy myślały, że jeśli wybaczymy jeszcze tylko jedną zdradę, jedno kłamstwo, jeden akt agresji, to z powrotem znajdziemy się w tych bezpiecznych ramionach osłaniających przed całym światem. Z czasem gdzieś tam zaczynamy przeczuwać, że są to ramiona pytona, ale że przyjęcie tego do wiadomości jest zbyt straszne, wypieramy to i dalej tracimy siły żyjąc w fikcji - aż do skrajnego wyczerpania i /lub porzucenia przez oprawcę. 

Warto uświadomić sobie także brutalną prawdę, że psychopata NIGDY nie robi niczego bezinteresownie i - wbrew pozorom stwarzania wokół siebie totalnego chaosu - działa do bólu pragmatycznie. Owszem, stara się czasem kreować wizerunek romantycznego szaleńca z naręczem róż, zrozpaczonego samobójcy z BRODĄ ;) (pozdrowienia dla R. i innych Czytelniczek, które doświadczyły Potęgi Brody ;)) bądź też pogubionego w chaosie wątpliwości i błędnych interpretacji lunatyka, którego do niewłaściwego łóżka zawiodło blade światło księżyca, a nie własne skurwysyństwo. Kiedy jednak przeanalizujemy jego zachowania na chłodno (co staje się możliwe dłuuuuuuuuuugo po wyzwoleniu się i detoksie), zaczną się one układać w logiczną całość. 

Logiczne wnioski będą tak przerażające, że nie będzie nam łatwo się z nimi zmierzyć. Zgodnie z nimi okaże się, że początkowe mega zainteresowanie naszymi sprawami było niczym innym, jak zbieraniem informacji do naszej osobistej kartoteki prowadzonej przez psychola. Mechanizm jest bardzo prosty - psychol, niczym sekta, "bombarduje miłością", w wyniku czego Ty się otwierasz, zaczynasz ufać, szukać w nim oparcia, zwierzasz się, przywiązujesz, a potem bardzo trudno Ci z tej iluzji spotkania "bratniej duszy" zrezygnować. Psychol tymczasem po materiał z "kartoteki" sięgnie w chwili, kiedy umęczona jego zdradami i kłamstwami, zrobisz mu w końcu awanturę. Wówczas informacja, którą wydobył od Ciebie zachęcając Cię do podzielenia się z nim największymi sekretami, zostanie wydobyta na światło dzienne i użyta do podkopania Twojej wiary w siebie i wzbudzenia poczucia winy. Jeśli na przykład powiedziałaś kiedyś psycholowi w zaufaniu, że czujesz się gorsza, "inna" bądź  wybrakowana, albo że w dzieciństwie doświadczyłaś jakichś trudności, zostanie Ci to z lubością wypomniane. Nagle okaże się, że to nie psychol jest kłamcą, zdrajcą i agresorem, tylko Ty nieprawidłowo oceniasz rzeczywistość, masz uogólniony uraz do mężczyzn bądź jesteś zwyczajną wariatką. A Ty, nie mając jakiejś mega pewności siebie, zaczynasz podświadomie w to wierzyć. I tkwisz w więzieniu, relatywizując tę sytuację i dzieląc winę na dwoje.

PODSUMUJMY. Na jakie sygnały powinnyśmy zwracać uwagę na początku znajomości i które z nich powinny nas zaalarmować?

:: gwałtowny "wybuch miłości". "Kocham Cię" na pierwszej randce, "umieram z tęsknoty" zaraz po niej, a następnie pierdyliard esemesów na wysokim "C" dziennie. Pięć minut po Waszym rozstaniu już tęskni, godzinę po nim - wariuje, trzy godziny bez Ciebie sprawiają, że wysycha niczym pielgrzym przemierzający bezkres Sahary, a kiedy znowu Cię widzi, płacze ze szczęścia, odzyskuje siły i czuje się, jakby po długiej wędrówce nareszcie odnalazł studnię na pustyni. Wiem, brzmi fajnie i każda-z-nas-chciałaby-kiedyś-coś-takiego-przeżyć. Tyle, że to bullshit. To tylko wata słowna, która nas uwodzi i karmi nasze ego, niestety. A zarazem - cholernie uzależnia. Kiedy raz przyzwyczaisz się do życia na haju, dużo czasu zajmie Ci odnalezienie szczęścia w spokojnej, nie tak ekstremalnej rzeczywistości. 

:: kontrola. Wbrew pozorom następuje szybko, tylko że zaczadzone "miłością", nie dostrzegamy tego. Z początku nie będzie to przecież wrzask: "gdzie byłaś, dziwko?!", tylko delikatne pytanie: "Siedzę sobie w pracy i odliczam minuty do naszego spotkania. Bardzo Cię kocham. A Ty co robisz, Misiaczku?". Motylki, endorfiny, nasza radosna odpowiedź, że też kochamy, tęsknimy i nie możemy się doczekać. Po kilku miodowych miesiącach spędzonych tylko-we-dwoje zapragniemy jednak spotkać się z zaniedbanymi przez ten czas przyjaciółmi. I tu może pojawić się pierwszy zgrzyt. Zdziwienie, pytanie: "Coś się między nami zmieniło, kochanie? Chcesz mnie może zostawić? To by było straszne, ja bym umarł bez Ciebie...". Tłumaczysz, że nie, że kochasz, nie zostawisz, że to tylko spotkanie z przyjaciółką, która też Cię potrzebuje etc. W końcu albo zostajesz w domu, albo jedziesz na spotkanie, na które Twój zakochany misio Cię zawiezie i z którego Cię odbierze. Bo nie chce tracić ani minuty na bycie bez Ciebie. W trakcie wyśle Ci jeszcze kilka/naście smsów o tym, jak bardzo za Tobą tęskni i jak bardzo nie może się doczekać, kiedy znów będzie Cię miał w ramionach. W efekcie targana poczuciem winy i rozdarciem, nie skupisz się należycie na tym, co ma Ci do powiedzenia przyjaciółka, nie będziesz zachowywać się swobodnie, będziesz się starała na bieżąco odpisywać na smsy od ukochanego. Po spotkaniu zostaniesz przez niego szczegółowo wypytana - o czym rozmawiałyście, co ona o nim sądzi (od tego będzie uzależniona opinia Twojego towarzysza życia o niej), czy byli wokół jacyś faceci i czy cię podrywali. 

Kiedy nie daj Boże będziesz chciała spędzić bez swojego misia np. weekend i wyjechać z przyjaciółką za miasto, najpierw będzie Cię zaklinał, że to bardzo zły pomysł, że jest to ogromnie niebezpieczne, że mogą Was napaść złoczyńcy albo może Was zasypać lawina, A ON BY PRZECIEŻ WTEDY UMARŁ, a kiedy cierpliwie będziesz mu tłumaczyć, że na Nizinie Mazowieckiej nie ma lawin, a dziadkowie przyjaciółki, których  chcecie odwiedzić, nie są seryjnymi mordercami, wówczas "umili" Ci wyjazd pierdyliardem telefonów. "Wstałyście już? Co na śniadanko? Tęsknię za Tobą, wariuję, kocham Cię!!!", "Gdzie jesteście? Dlaczego nie odbierasz (kiedy byłaś w kiblu i oddzwaniasz po pięciu minutach), umieram z niepokoju!", "Ja tylko chciałem powiedzieć Ci, jak bardzo cię kocham" (i trwa to godzinę, w czasie której przyjaciółka umiera z nudów, a Tobie stygnie schabowy / ociepla się piwo), "Jesteście w restauracji? Na pewno zaczepiają was jacyś mężczyźni?! Nie no, mam oczywiście do ciebie zaufanie, kochanie, zrozum tylko, że tak bardzo boję się ciebie stracić". I tak dalej, i tak dalej. 

Kiedy wracacie z weekendowego wypadu, a psychol czeka na Ciebie na dworcu z bukietem kwiatów, przeczuwasz już, że był to ostatni wyjazd bez niego. Nie odpoczęłaś, umęczył cię telefonami, masz wyrzuty sumienia wobec przyjaciółki i wyrzuty sumienia wobec niego - że chyba nie kochasz go tak samo, jak on Ciebie, bo przecież nie umierałaś bez niego w czasie tej króciutkiej rozłąki. Na kolejne zerwanie się ze smyczy już się nie odważysz. I o to od początku chodziło. 

:: sprzeczności. Gorąco namawiam do zwracania uwagi na wszelkie sprzeczności występujące w zachowaniu "misiów". Alarm powinien włączyć Ci się, kiedy na przykład kreuje się na biednego, zagubionego, nieśmiałego wrażliwca, a jednocześnie jest w stanie zrobić karczemną awanturę (z pokazem niebywałego chamstwa) w sklepie czy podczas rozmowy z usługodawcą. Psychopata jest do przesady grzeczny na pokaz bądź wobec ludzi stojących od niego wyżej w hierarchii społecznej / takich, od których "coś zależy", wyżywa się za to na słabszych, mniej sprytnych, wrażliwszych, zależnych od niego zawodowo bądź prywatnie, a wkrótce - także (i, niestety, GŁÓWNIE) na Tobie, jako na swojej bezpośredniej podwładnej, osobistej służącej i wyłącznej własności. 

Koniecznie zwracaj także uwagę na to, w jaki sposób psychopata wypowiada się o innych - zwłaszcza o byłych partnerkach. Jeśli wszystkie z nich to toksyczne wariatki lecące na jego kasę, jeśli potrafi do Ciebie mówić "misiaczku / kochanie najsłodsze", a zarazem umie o byłej partnerce wypowiedzieć się z jadem i obrzydzeniem, które Cię przerażają - słuchaj intuicji. Tak, to nie jest przypadek, to SCHEMAT. Bądź pewna, że ona też była "jedynym na świecie jego szczęściem i słoneczkiem". 

Sprzeczność pojawia się czasem także w nagłej zmianie tonu. Przez pół godziny opowiada Ci łamiącym się ze wzruszenia głosem, jak bardzo Cię kocha i jak to nie może bez Ciebie żyć, a za chwilę (jeśli nie osiągnie celu, jeśli mu się postawisz albo wykażesz się konsekwencją w logicznym myśleniu i drążeniu niewygodnego dla niego tematu), będzie umiał wysyczeć Ci coś bardzo nieprzyjemnego niczym żmija, posługując się perfidią i lodowatym tonem. Jeśli zastraszenie także na Ciebie nie zadziała, wówczas ponownie "przełączy tryb" i usłyszysz wypowiedziany rzeczowym tonem postulat: "porozmawiajmy jak dorośli ludzie". Normalny człowiek nie jest w stanie tak nagle "przełączać trybów". Dojście do siebie po awanturze zajmuje mu trochę czasu, nie musi mieć też ochoty na zawołanie zacząć się przytulać po doświadczeniu agresji. Psychol działa inaczej. Jest wyrafinowany w okrucieństwie, a zarazem prosty jak cep w swoich celach. Interesuje go jedynie JEGO ZYSK. Żadne "dobro wspólne", "spotkanie w połowie drogi", a już na pewno nie żadne poświęcenie. Będzie dużo o nim gadał, ale nie będzie go wcielał w życie. Po zeskanowaniu Twojej osobowości, będzie działał w taki sposób, aby osiągać swoje cele. Sprawdził, że najlepiej rezonujesz na poczuciu winy, zafunduje Ci je. Jeśli działają na Ciebie lawiny komplementów - proszę uprzejmie, dostaniesz je (ale tylko wtedy, kiedy psychol czegoś od Ciebie chce - a chce głównie WSZYSTKIEGO). Jeśli wzruszają Cię jego łzy, wkrótce będziesz miała nimi zalaną nie tylko bluzkę, ale i podłogę. 

Niepokojących sygnałów jest o wiele więcej, podstawowy z nich to jednak przejawiana przez niego (i baaaaaaardzo umiejętnie maskowana) chęć przejęcia nad Tobą całkowitej KONTROLI. Rada, jak zdemaskować psychopatę? Powiedz mu "nie" i bądź w tym konsekwentna. Ta umiejętność przyda Cie się zresztą później, kiedy będziesz od niego uciekać.

 
Obraz: "Demon", W. Weiss, Muzeum Narodowe w Krakowie.



poniedziałek, 14 marca 2016

Rok temu o tej porze...

Kiedy przypomnę sobie siebie sprzed roku, to serdecznie współczuję wszystkim ofiarom psychopatów, które dopiero co od nich uciekły / zostały porzucone. Droga do normalności oznacza krew, pot i łzy, ale ZAŚWIADCZAM, że jest możliwa do przejścia i bardzo opłacalna. 

Rok temu bez leków nie byłam w stanie jeść ani spać. Nie byłam w stanie na niczym się skupić, nie miałam żadnych marzeń ani planów, a moje życie polegało na jako - takim markowaniu jakiejkolwiek normalności, żeby wszyscy dali mi święty spokój i żebym mogła nadal sobie wegetować. O tym, że ten stan jest przejściowy, wiedziałam tylko z relacji innych ofiar. Wierzyłam im na słowo, bo sama nie byłam w stanie wyobrazić sobie, że kiedykolwiek przestanie mnie boleć dosłownie WSZYSTKO. Czułam się kompletnie pusta wewnętrznie, jakby ktoś wyciągnął odkurzaczem wszystkie moje pozytywne myśli, uczucia, doświadczenia, całą jasność i pasję życia, a zarazem totalnie wewnętrznie obolała - jakby każde włókno duszy było posiniaczone. Do psychopaty czułam obrzydzenie i wściekłość, a zarazem nie byłam w stanie nie myśleć o nim non stop - tak bardzo byłam uzależniona. 

Nie mogłam też o nim nie myśleć z przyczyn obiektywnych - śledził mnie i nagabywał, toteż musiałam przewidywać każdy jego ruch, szukać alternatywnych dróg do pracy albo "obstawy" na wyjścia z domu. Myślałam, że autentycznie zwariuję, a na dodatek nie wiedziałam, czy ten facet nie zrobi mi w akcie zemsty krzywdy fizycznej i czy nie jest wariatem. Po uwolnieniu się od niego, czekał mnie jeszcze dłuuuuuugi detoks z jego górami i dołami, powracającymi falami bólu i lęku, a później chyba jeszcze gorszego - zupełnego odrętwienia. Jednocześnie potrzebowałam innych i męczyło mnie ich towarzystwo, a przede wszystkim - czułam się jak rozkładający się trup, który przychodzi na spotkania normalnych, pogodnych ludzi i straszy ich swoim smrodem. Sorry za obrazowe porównanie :) 

Pewnie większość z tych stanów jest Wam doskonale znana i właściwie to nie na nich chciałam się w tej notce skupić, ale na tym, że WYJŚCIE JEST MOŻLIWE. Wymaga ono żelaznej konsekwencji, ogromnej cierpliwości i dyscypliny w stosowaniu się do wskazówek lekarza - którym jest w tej sytuacji nasz zdrowy rozsądek. Jak piszą wszystkie doświadczone ofiary - warunkiem rozpoczęcia procesu zdrowienia, jest całkowite zerwanie kontaktu z oprawcą (w przypadku posiadania wspólnych dzieci - ograniczenie go do niezbędnego, technicznego minimum bądź poproszenie o pośrednictwo osób trzecich), a następnie - terapia i to intensywna. Niekoniecznie w sensie czysto medycznym, choć i taką polecam.

Najskuteczniejszą formą pracy nad sobą jest dzielenie się doświadczeniami z innymi zdrowiejącymi uzależnionymi i zdobywanie w ten sposób wiedzy o sobie. To działa analogicznie, jak w przypadku grup AA bądź innych miejsc spotkań dla osób uzależnionych. Wymiana doświadczeń pomaga zrozumieć mechanizmy, jakie zaszły w naszej psychice i daje nadzieję na powrót do zdrowia. Nic jednak nie stanie się automatycznie, samo gadanie nie załatwi sprawy ;) Najważniejsza jest zmiana myślenia, wprowadzenie koniecznej dyscypliny w zastępowaniu szkodliwych nawyków - nowymi, zdrowymi. Nie jest łatwo powstrzymać lawinę myśli pt. "jestem do niczego", ale MOŻNA to zrobić. W ten sposób unikamy pojawiania się silnych, destrukcyjnych emocji idących w ślad za destrukcyjnymi myślami. To praca na długie miesiące, a nawet lata, ale to jedyna droga do wyjścia na prostą i odzyskania autonomii. Będziemy przy okazji tej nauki potykać się, wpadać w skrajności, cofać się o parę kroków itd. To normalne, nie przejmujmy się tym. Ważny jest kierunek, który wybrałyśmy, a nie prędkość, z jaką się poruszamy. A więc - wybierzmy ŻYCIE.


sobota, 5 marca 2016

"Kocham go i nienawidzę"

Co to takiego? Sprzeczne, skrajne emocje, standard w każdym toksycznym związku i podstawa jego trwania. Emocje są niezbędne w każdej relacji, w związku z psychopatą odgrywają jednak szczególną rolę. Mechanizm psychopatycznego uwiedzenia polega w skrócie na "złamaniu kodu dostępu" do nich. Nie jest to wbrew pozorom trudne, ponieważ każdy kochający i szczery człowiek otwiera się przed drugą osobą, pokazuje swoje słabości, ufa jej i zwierza się w poczuciu ulgi bycia nareszcie wysłuchiwanym, rozumianym, kochanym i akceptowanym ze wszystkimi wadami, potknięciami i ułomnościami. 

Kiedy dowiemy się, że te niezmierzone pokłady serdeczności i cierpliwości były jedynie INWESTYCJĄ, której celem stało się zeskanowanie naszej osobowości, czujemy się strasznie. To gwałt na duszy, intelekcie i uczuciach. To dlatego między innymi proces dochodzenia do siebie po związku z psychopatą różni się znacznie od wychodzenia ze "zwykłego, nieudanego związku". Tutaj rany są o wiele głębsze, dotyczą nie tylko konkretnej relacji, ale przede wszystkim utraty wiary w ludzi, w miłość, w wartości, w siebie i własny osąd rzeczywistości. Kiedy wyłapywane przez intuicję sygnały ostrzegawcze zaczynają układać się w przerażającą całość lub wtedy, kiedy nasz "towarzysz życia" ujawni swoją prawdziwą, podłą twarz, ból jest tak ogromny, że wydaje się nie do zniesienia. To dlatego tak długo zaprzeczamy rzeczywistości, szukamy tłumaczeń o "ciężkim dniu" czy "trudnym dzieciństwie" albo bierzemy winę na siebie. 

Psychopata chętnie z tej naszej dezorientacji skorzysta. Odegra parę łzawych scenek, przeprosi, "zrozumie", zapewni o miłości, rzuci parę słownych ochłapów, żeby podtrzymać naszą iluzję i zaangażowanie. To naturalne, że chcemy się na to wciąż i wciąż nabierać, że chcemy widzieć dobro nawet tam, gdzie go nie ma, że ulegamy dezorientacji i żywimy sprzeczne uczucia. Miotamy się, nie wiemy, co myśleć - a na tym niestety bazuje nasz oprawca. Dopóki nie zaczniemy wyciągać wniosków z FAKTÓW, a nie z jego SŁÓW i własnych UCZUĆ, będziemy biegać w wyniszczającym kołowrotku. Dlaczego raz go "kochamy", a raz nienawidzimy? Ano dlatego:


Potrzebujemy uczuć i jest to zupełnie normalne. Nie znajdziemy jednak z związku z psychopatą. Tam otrzymamy jedynie ich perfekcyjnie sporządzone falsyfikaty. Na dodatek uzależniające i trujące. Wiem, jak bardzo jest to trudne, jak bardzo bolesne i jak wiele wymaga siły, ale JEDYNĄ drogą do PRAWDZIWEJ wolności, godności, spokoju ducha i szacunku dla siebie jest zmierzenie się z prawdą. Ona na początku bardzo boli, to fakt. Ale razem z nią przychodzi pocieszenie - tyle że już nie od psychopaty, ale od innych ludzi - tych, od których nas psychopata odciął bądź dla których nie było w naszym życiu miejsca w wyniku trwania w chorym związku. Z czasem przychodzi też pocieszenie od... siebie samej, od swojego prawdziwego "ja", ukrytego gdzieś w piwnicy, pobitego, zagłodzonego i zrozpaczonego. Ono wymaga długiej rekonwalescencji, ale po niej zaczyna jaśnieć coraz piękniejszym blaskiem. Dochodzenie do siebie wymaga przedarcia się przez gąszcz emocji. Nie da się dojść do zdrowia unikając ich. Trzeba żelaznej konsekwencji, żeby wytrzymać ich napór i żeby je okiełznać. Kiedy jednak to się uda, odzyskujemy władzę nad sobą. I wtedy to my kierujemy nasz "zaprzęg" tam, gdzie będzie nam pięknie i dobrze, zamiast rozbijać się o kolejne mury albo tonąć po uszy w lodowatym bagnie. 

Jakie emocje czekają nas w procesie wychodzenia z toksycznego związku?

Pierwszy etap to ROZPACZ. Zero siły na cokolwiek, chcemy przestać istnieć, staramy się jakoś wegetować z dnia na dzień, ale nic nam się nie chce, jesteśmy jednym wielkim bólem. Jeśli ten stan się przedłuża i jeśli pojawia się uporczywa bezsenność i jadłowstręt - namawiam do wizyty u psychiatry i zdiagnozowanie zaburzenia (możemy cierpieć na depresję lub / i zespół stresu pourazowego). Rozpacz sama nie minie, musimy w pewnym momencie wypowiedzieć jej wojnę. Żeby wyjść na prostą, musimy ZROZUMIEĆ, co się stało - czytajmy jak najwięcej o zjawisku psychopatii, szukajmy wsparcia innych ofiar, przyjaciół, życzliwej i wspierającej rodziny, grup terapeutycznych etc. Ważne jest również, aby nie oskarżać się o przeżywane emocje - nawet jeśli czujemy gigantyczną wściekłość i żądzę mordu. Emocje nie mają wartości moralnej, to są INFORMACJE. Ciężar moralny mają dopiero podjęte pod wpływem emocji DECYZJE i wynikające z nich CZYNY.

Kiedy zrozumiemy, że padłyśmy ofiarą wielkiego oszustwa, że zostałyśmy cynicznie wykorzystane, pojawia się ZŁOŚĆ. Bywa ona tak silna, że wydaje się wszechogarniająca, wręcz rozsadzająca nas od środka. Boimy się siebie w takim stanie, nierzadko nie akceptujemy go. Ważne jednak, żeby tę złość przeżyć, nie wypierać jej ani nie tłumić. Nie musimy jej wyrażać agresją, to nic nie da. Lepiej rozładować ją sportem (choć nie widzę nic złego w rzucaniu talerzami (albo mięsem), jeśli nikomu nie zrobimy przy okazji krzywdy). Złość jest NORMALNĄ reakcją na zło. To informacja, z której powinnyśmy zrobić użytek. Pojawienie się złości świadczy o odzyskiwaniu kontaktu ze sobą. Daje też siłę konieczną do wprowadzenia zmian. Uwaga jednak na uzależnienie od złości. To stan dający energię, chroniący przed rozpaczą, ale jeśli trwa on za długo, prowadzi do dalszej destrukcji, zamiast do zdrowienia. Dlatego namawiam do wprowadzenia koniecznych zmian "na wkurwie", ale odradzam pielęgnowanie go w nieskończoność, to niszczy nas same, a nie obiekt naszej wściekłości.

Rezygnacja ze złości prowadzi do SMUTKU. To też jest zupełnie naturalny objaw, nie ma sensu przed nim uciekać albo zaprzeczać mu. Jak mamy się czuć, kiedy "miłość" okazuje się nie tylko fikcją, ale i cyniczną grą obliczoną na skorzystanie z naszych zasobów uczuć, dobrej woli, serdeczności i ciepła? Musimy czuć się strasznie i nie ma co zaklinać rzeczywistości. Trzeba ten smutek przeżyć, nie ulegać presji bycia zawsze na "tip top", uśmiechania się za wszelką cenę nawet wtedy, kiedy jest nam bardzo źle. To nie jest normalne, to fałsz. Kiedy jest nam bardzo źle, powiedzmy o tym - oczywiście jedynie ludziom życzliwych, a może na pewnym etapie, kiedy boimy się własnego cienia - jedynie anonimowym. A może "tylko", a raczej "aż" - sobie. Powiedzmy to, napiszmy, przeżyjmy, nie udawajmy. Udawanie uczuć zostawmy psychopatom. Nie chodzi o to, żeby wiecznie trwać w smutku, ale żeby nie odciąć się od własnych emocji i ich nie "zamrozić".

Skoro już mowa o "zamrożeniu", to jest to coś, co po ucieczce z toksycznej relacji występuje dość często. Zjawisko nazywa się mechanizmem DYSOCJACJI i polega na "odcięciu" od własnych emocji, a nawet własnego "ja". To mechanizm obronny naszej psychiki, która w ten sposób usiłuje poradzić sobie z nadmiarem bólu. Na pewnym etapie takie odcięcie bywa konieczne - kiedy uciekamy od agresora, nie możemy sobie pozwolić na przeżywanie rozpaczy czy wściekłości. Musimy działać jak precyzyjny komputer, ponieważ po drugiej stronie mamy do czynienia z perfekcyjnie zaprogramowaną "maszyną do zabijania" (jeśli nie ciała, to na pewno duszy). W walce na śmierć i życie nie ma czasu na przeżywanie bólu. Przychodzi on dopiero wtedy, kiedy odzyskamy względny spokój. 

Skoro mowa o walce, nie sposób nie wspomnieć o LĘKU. To kolejna emocja nierozerwalnie związana z toksyczną relacją. Strach bywa tak silny, iż nierzadko uniemożliwia codzienne funkcjonowanie. Jeśli mamy do czynienia z agresorem, konieczne jest podjęcie działań na zewnątrz - zawiadomienie rodziny, policji, prawnika, przyjaciół. Im dłużej tkwimy w izolacji, tym mocniej agresora trzyma nas w garści. Nie dajmy się uwikłać w fałszywą "lojalność" wobec oprawcy bądź fałszywy wstyd i hołdowanie przekonaniu o tym, że kiedy źle się dzieje w związku, odpowiedzialność ponoszą obie strony. Kiedy pojawia się przemoc, odpowiedzialność ponosi tylko jedna strona - agresor. Dręczenie psychiczne to także przemoc, podobnie jak stalking (artykuł 190a Kodeksu Karnego). 

Tyle o trudnych emocjach, pamiętajmy jednak, że nawet jeśli jesteśmy w czarnej d..., to w pewnym momencie pośród tego całego syfu, pojawi się gdzieś jakiś promyk RADOŚCI. Choćby z miłego gestu życzliwej osoby, ciekawej rozmowy, pięknego widoku (gorrrrrąco polecam góry, nic tak nie oczyszcza duszy z wszelkiego syfu), pięknej muzyki, fajnego ciucha albo nawet... ze zrobienia prania (w ostrym stanie depresji to może być wyzwanie na miarę zdobycia Mount Everest). Radość to potężna broń przeciwko złu, także pielęgnujmy ją troskliwie, kiedy zacznie się pojawiać. I nie martwmy się tym, że bolesne emocje będą początkowo przeważać i powracać falami wtedy, kiedy myślimy, że mamy już to wszystko za sobą. To normalne zjawisko. Jeśli zachowamy konsekwencję, z czasem będzie słabło, a radości i spokoju będzie coraz więcej. Dajmy sobie dużo czasu, bądźmy dla siebie łagodne i cierpliwe. Przeżywamy żałobę. Nie wszystko przyjdzie od razu. Naszym zadaniem jest tylko i aż - trzymanie kursu na Słońce. Poniżej fota uczennicy SP im. Mariusza Zaruskiego w Warszawie - taką dziewczyną jest każda z nas, nie pozwólmy jej więcej nikomu skrzywdzić. 


piątek, 26 lutego 2016

Psychopata a zdrowie

Nie da się długo trwać w związku z psychopatą nie ponosząc uszczerbku na zdrowiu. Często zresztą dopiero poważna choroba fizyczna sprawia, że decydujemy się zawalczyć o życie i wyjść z tego bagna. Ciało ostrzega nas o niebezpieczeństwie o wiele wcześniej, często jednak długo nie jesteśmy w stanie zorientować się, że szkodzi nam nasz związek, a nie praca, pora roku, wiek czy niedoczynność tarczycy. 
Związek z psychopatą to także szereg dziwnych zaburzeń. Niektóre trudno nawet sklasyfikować medycznie. Należą do nich:

- silne zawroty głowy 
- poczucie oderwania od rzeczywistości (derealizacja) bądź utraty własnego "ja" (depersonalizacja)
- zaburzenia rytmu pracy serca (napadowe gwałtowne bicie bądź "zanikanie" pulsu, arytmia)
- skoki ciśnienia krwi
- ataki paniki
- depresja
- zaburzenia hormonalne
- bóle w klatce piersiowej
- szczękościsk
- bóle karku i / lub pleców
- drętwienie kończyn
- koszmary senne
- bezsenność
- utrata apetytu
- mdłości, bóle żołądka, choroba wrzodowa 
- zespół  stresu pourazowego
- skrajne wyczerpanie psychofizyczne

...i inne. Objawy te świadczą rzecz jasna o narażeniu organizmu na długotrwały, silny stres, mam jednak wrażenie, że jest w tym coś jeszcze. Wiele razy w życiu byłam narażona na silny stres, jednak nigdy nie przeżywałam tak skrajnego wyczerpania. Po ucieczce od psychopaty przez szereg miesięcy czułam się tak wypompowana, jakbym przeszła właśnie ciężką chorobę nowotworową i przyjęła ileś chemii. Wstawać od stołu musiałam na raty, trzymając się ściany, żeby nie upaść, w metrze robiłam przystanki co kilka schodów, najprostsze zadanie sprawiało, że czułam się natychmiast koszmarnie zmęczona i gotowa położyć się z powrotem do łóżka, a myśl o bezsennej nocy napawała mnie totalną paniką. Drętwiały mi ręce, miałam jazdy z sercem, jadłowstręt i szczękościsk. Kółko się zamykało, bo im mniej jadłam, tym bardziej rzecz jasna słabłam. Rozładowywanie stresu wysiłkiem fizycznym też nie bardzo wchodziło w grę, bo po pierwsze nie miałam na to siły, a po drugie - z powodu uprawianego przez psychopatę stalkingu, unikałam wychodzenia z domu. Na problemy ze spaniem i jedzeniem pomogły mi dopiero leki antydepresyjne. Nie wiem, ile trwa całkowity powrót do zdrowia, bo nadal fizycznie czuję się dużo słabsza niż kiedyś, ale nie jest już tak tragicznie jak było. 

Mam dla Was propozycję - wymieńmy się doświadczeniami, co pomaga w dojściu do zdrowia. Moja lista to: 

- leki uspokajające i antydepresyjne
- nieżałowanie sobie snu
- jak najczęstsze zmienianie otoczenia na niekojarzące się z psychopatą - mózg tworzy wówczas nowe połączenia nerwowe i stopniowo przestaje żyć w błędnym kole (bardzo energochłonnym)
- minimalny choćby wysiłek fizyczny (najlepiej na świeżym powietrzu - wersja dla szczęśliwców nieposiadających stalkerów)
- jedzenie niewielkich ilości, ale zdrowych produktów - szczególnie zawierających magnes i potas, pierwiastki, z których związek z psycholem nas na pewno wyjałowił. A zatem: sok pomidorowy, orzechy, migdały, warzywa, owoce, pestki dyni
- olej z wiesiołka (ma działanie antydepresyjne, reguluje też nadszarpniętą stresem gospodarkę hormonalną)
- pływanie (jeśli jesteśmy już w stanie), fantastyczne są wszelkie bicze wodne, hydromasaże, bardzo polecam gorące źródła - wiem, że to pomysł do zrealizowania raz w roku bądź raz na kilka lat, niemniej - WARTO :)

A propos gorących źródeł - kiedy po ucieczce / porzuceniu czujemy się jak rozjechany szczur i tak też wyglądamy, sprawianie sobie przyjemności jest na ogół ostatnią rzeczą, na jaką mamy ochotę i pieniądze. W stanie ostrej depresji nie byłam w stanie wymyślić ani jednej rzeczy, na którą miałabym chęć. To znaczy nie, była jedna: ZNIKNĄĆ. Choć pamiętałam, że kiedyś lubiłam morze, góry, muzykę czy fajne filmy, nie umiałam nijak do tego wrócić w sensie emocjonalnym. Na zewnątrz mogłam nawet udawać względną normalność, ale czułam się tak, jak gdyby moje prawdziwe "ja" siedziało zamknięte głęboko w piwnicy. Gdyby ktoś zaproponował mi wówczas wyjazd na Rodos, być może skorzystałabym z niego, ale raczej po to, żeby poczuć się bezpieczniej z dala od psychopaty, a nie z powodu własnej chęci na jakieś przyjemności. Zapewne na Rodos głównie bym spała i siedziała zabarykadowana w hotelowym pokoju, unikając kontaktu z ludźmi. Podejrzewam, że ten stan jest wielu z Was doskonale znany i zdaję sobie sprawę, jaki jest straszny. Jeśli trwa powyżej dwóch tygodni - naprawdę namawiam do brania antydepresantów. Im dłużej nie kontaktujemy się z psychopatą, tym częściej jednak miewamy przebłyski lepszego samopoczucia. Namawiam do korzystania z nich. Nadal może się nam nic nie chcieć, ale czasami jednak zadziała w naszym życiu zasada: "przyprowadź gdzieś swoje ciało, a duch wkrótce do niego dołączy". Bywa, że choć ciało najchętniej by spało i leżało, to jeśli je zaniesiemy do wanny, wykąpiemy, umalujemy, a potem zabierzemy do sklepu albo do fryzjera, być może nie zdarzy się w naszym życiu rewolucja, ale w wychodzeniu z bezmiernego doła, pokonamy choćby jeden schodek wzwyż. A z niego może się roztaczać już nieco inny widok. 



czwartek, 18 lutego 2016

Trauma. Jak pozbyć się trucizny?

Ucieczka od psychopaty to najważniejszy, ale dopiero pierwszy etap detoksu. Po zakończeniu związku, trzeba poradzić sobie jeszcze z niebagatelną traumą. Jak tego dokonać? Nie jest to proste, zważywszy na to, że psychopatyczny atak dotyka wszystkich sfer naszego życia - zdrowia, pracy, rodziny, przyjaźni, zainteresowań, emocji i najważniejsze - duszy. Zorientowanie się, że relacja, w którą zainwestowałyśmy całe serce i wszystkie siły, okazała się totalną fikcją, to koszmar, który prędzej czy później przeżywa każda z nas. Kiedy dotarło do mnie, że to był mentalny i emocjonalny gwałt, a nie żadne wielkie uczucie, ogarnęła mnie tak potężna fala depresji i wstrętu, że miałam ochotę szorować do kości każdy fragment skóry, którego kiedykolwiek dotknęła ta kreatura. Później dowiedziałam się, że identyczne reakcje są właściwe dla ofiar gwałtu. Paradoksalnie, wstręt do oprawcy przekłada się niestety na wstręt do siebie, co bardzo często skutkuje depresją - formą autoagresji. W skrajnych przypadkach ofiary gwałtu - fizycznego, ale też mentalnego - targają się niestety na swoje życie. 

W jaki sposób przetrwać ten koszmar? Oprócz zerwania wszelkich więzi łączących nas z psychopatą (a także z osobami z jego otoczenia), wizyty u psychiatry (przy objawach depresji), zdobycia jak najszerszej wiedzy i stopniowego uporządkowania w głowie tego, co się stało, pomocne są także dwie niby-proste-i-oczywiste rzeczy: życzliwi ludzie i... ruch. Kontakt z ludźmi w fazie depresji jest niezwykle utrudniony, jesteśmy wówczas przecież jedną wielką raną i bólem. Na dodatek czujemy się zupełnie nieatrakcyjne towarzysko, a nie chcemy w kółko straszyć wszystkich smutną miną, podkrążonymi oczami i "nieprzysiadalnym nastrojem". Kolejna sprawa utrudniająca kontakt z ludźmi to trauma. Kiedy tak bliska relacja w naszym życiu okazała się jednym wielkim kłamstwem i złem, mamy poczucie, że nasz mózg i dusza zostały zalane jakimś totalnym gównem, na dodatek toksycznym. Wymiotujemy potem długo w sensie mentalnym, a na koniec czujemy... zupełną pustkę. I głód. Problem jednak w tym, iż boimy się sięgnąć ponownie po ładnie wyglądające jedzenie w obawie przed kolejnym zatruciem. Nasz żołądek jest z kolei nadwrażliwy i nie trawi już tak dobrze, jak kiedyś. Byle co mu szkodzi. A zatem - niezwykle łatwo nas zranić, przestraszyć, wyprowadzić z równowagi. Jesteśmy zupełnie nieodporne na stres. Wstydzimy się tego i izolujemy jeszcze bardziej. Izolacja potęguje z kolei głód i koło się zamyka. 

Rozwiązanie? Aby wyjść na prostą, trzeba nawiązać kontakt z innymi ofiarami i w ten sposób znaleźć oparcie. Tak jak alkoholicy uczęszczający na meetingi AA budują swoją siłę, podobnie ofiarom psychopatów pomaga wymiana doświadczeń na forach i lektura blogów czy artykułów o tym zaburzeniu. Myślę, że warto również przełamać barierę wstydu i powiedzieć kilku zaufanym osobom o tym, czego się doświadczyło. Sporo osób jest w stanie wykazać się ogromną empatią i - co nie bez znaczenia - zagwarantować, iż jeśli eks znów będzie próbował szukać z nami kontaktu, natychmiast udzielą pomocy, także w sensie fizycznym. 

To jeden wymiar radzenia sobie z traumą. Jest jeszcze inny, pozornie bardziej przyziemny, ale niezwykle istotny - jesteśmy przecież jednością psychofizyczną. Trauma - a doświadczają jej niemal wszystkie ofiary psychopatów  - "zakorzenia się" w ciele. Peter Levine, autor książki "Obudźcie tygrysa. Leczenie traumy" uważa, że trauma to nierozładowana energia powstała w momencie zagrożenia życia i / lub zdrowia, która gromadzi się w ciele i - nie znajdując ujścia - niszczy nas od środka. Zrozumienie wszystkiego, co się z nami dzieje jest ogromnie ważne, jednak za aktywnością naszego umysłu (rozgrzanego do czerwoności przetwarzaniem traumy) musi pójść także aktywność fizyczna - inaczej nagromadzone napięcie przerodzi się w depresję. Uwaga - do ruchu nie należy zmuszać się w ostrej fazie depresji, kiedy naprawdę nie mamy siły nawet zrobić kanapki. Jeśli czujemy się tak fatalnie, szukajmy pomocy psychiatry. Kiedy zrobi nam się choć odrobinę lepiej, możemy stopniowo zacząć się ruszać - choćby wyjść na półgodzinny spacer. Jeśli nasz eks to stalker, wychodźmy zawsze w towarzystwie osób trzecich, najlepiej płci męskiej ;) Jeśli nadal za bardzo się boimy - otwórzmy chociaż okno i poskaczmy w rytm ulubionej muzy. A jeśli nie mamy jeszcze siły skakać, to możemy dla uwolnienia nagromadzonego napięcia np. ENERGICZNIE POSPRZĄTAĆ ;) Jak moja ulubiona Jennifer Lawrence w filmiku poniżej:




wtorek, 16 lutego 2016

Triangulacja, czyli po co psychopacie trójkąt

Triangulacja to wciągnięcie kogoś w trójkąt wbrew jego woli. Nie chodzi tutaj o sferę erotyczną, choć i o nią często zahacza to zjawisko, ale o uwikłanie emocjonalne. Polega ono na tym, żeby do swojego związku "dokoptować" osobę trzecią - zazwyczaj byłą partnerkę bądź aktualną "koleżankę". O ile normalny człowiek stara się zapewnić ukochanej osobie poczucie bezpieczeństwa, o tyle psychopata zrobi wszystko, aby o tym poczuciu bezpieczeństwa jedynie gadać. "Możesz mi ufać, jesteś jedyna, nigdy nie mógłbym cię zdradzić, prędzej bym umarł niż zrobił ci krzywdę, inne kobiety dla mnie nie istnieją". Słyszymy to jakieś pierdylion razy dziennie - oczywiście jedynie w fazie idealizacji i bombardowania miłością. A co widzimy? Niezamknięte i / lub niejasne relacje z poprzednimi partnerkami bądź "carte blanche" - przeszłości nie ma, wszystko, co było wcześniej, nie istnieje, bo życie zaczęło się dopiero wtedy, kiedy poznałem CIEBIE. Albo - jeśli nasz związek ma już pewien staż, niepokoi nas brak zainteresowania okazywany nam, a jego nadmiar wobec rozmaitych koleżanek - bądź jednej koleżanki. Słyszymy jednak w kółko, że nam się wydaje, że mamy paranoję, że chcemy kogoś ograniczać i że ta koleżanka to w ogóle jak facet, więc cóż znowu takiego się stało, że u niej przenocował. Tyle że to tylko słowa. Intuicja podpowiada nam co innego, ale usilnie ignorujemy jej sygnały, bo przecież nikt nie jest takim zwyrodnialcem, żeby być zdolnym do aż tak podłych kłamstw. Co jakiś czas zadzwoni nam dzwonek alarmowy, coś nam się nie zgodzi, wyłapiemy sprzeczne sygnały, a może nawet złapiemy "misia" na kłamstwie. Co wtedy? Kilka technik:

1. Odwracanie kota ogonem i przerzucanie odpowiedzialności ("No wiesz co??! Jak możesz mnie o coś takiego oskarżać?! Kim musiałbym być, żeby zrobić coś takiego najbliższej osobie?!").

2. Odwracanie uwagi - można w tym celu wybuchnąć na przykład płaczem, dostać zawału albo paść na kolana przed świętym obrazem i zacząć się modlić. (SERIO).

3.  Kolejne kłamstwa w żywe oczy. To pomyłka, przywidziało ci się, przesłyszało, wszyscy naokoło kłamią, bo chcą nas poróżnić, skoro mnie o coś takiego podejrzewasz, to widocznie sama masz na coś takiego ochotę, jesteś wariatką i ci się wydaje.

4. Zalewanie "miłością" w takiej dawce, że aż Ci głupio wobec tego oceanu uczuć wypominać jakieś tam "drobne" sprawy.

Jeśli powyższe zabiegi okażą się jednak nieskuteczne, zawsze jest jeszcze koło ratunkowe w postaci: WYBACZ MI! Zrozumiałem swój błąd, bałem się ci powiedzieć, bo jesteś dla mnie wszystkim i utrata ciebie by mnie zabiła, to nie miało dla mnie żadnego znaczenia, każdy z nas bywa czasem słabym człowiekiem, ale kocham cię ponad wszystko i twoja miłość to jedyne, co mam. Bla bla bla. 

Po co to wszystko? Czy jeśli uznamy, że dotychczasowy związek nie ma sensu, nie prościej jest go zakończyć i dopiero wtedy zaangażować się w kolejny? Tak robi normalny i empatyczny człowiek, który nie chce ranić ani poprzedniej, ani następnej partnerki i posiada minimum szacunku do ich obu. Psychopata zastosuje natomiast triangulację. Upiecze w ten sposób kilka pieczeni przy jednym ogniu. Do czego zatem jest mu potrzebna ta technika?

1. Uzyskanie kontroli nad ofiarą / ofiarami, które w wyniku tego rodzaju operacji stopniowo oduczają się ufania swojej intuicji i zaczynają przedkładać słowa psychopaty nad swój wewnętrzny głos. Po pewnym czasie będą już tak "wytresowane", że komukolwiek z zewnątrz będzie się trudno do nich "przebić". Będą się zachowywać jak członkowie sekty i uważać za wroga każdego, kto kwestionuje słowa ich "guru".

2. Dowartościowanie się poczuciem władzy i kontroli. To psychopata ma dostęp do całej prawdy, bawi go to, jak jego marionetki bezradnie próbują kleić fragmenty rzeczywistości i dopasowywać do siebie niepasujące do niczego puzzle. Dowartościowuje również swoje ego obserwując, jak kilka kobiet cierpi z powodu zazdrości tudzież uczestniczy w chorym współzawodnictwie - o NIEGO.

3. Ofiara słabnie, bo traci godność. Ma do wyboru albo ciągłe awantury i stałe kwestionowanie wierności swojego "ukochanego", albo też machnięcie ręką na sygnały swojej intuicji. Kiedy chore zachowania zaczynają być oczywiste, może albo odejść (co daleko nie jest proste, jak dobrze wie każda ofiara), albo pozwolić się upokarzać "w imię miłości" / lepszej przyszłości / ratowania człowieka czy czego tam jeszcze. W efekcie coraz trudniej jej odejść, bo coraz mniej ma na to siły, a na dodatek - motywacji do walki o siebie.

4. Adrenalina. Za sprawą niejasnych przekazów, wzbudzania zazdrości i niepewności, psychopata produkuje "haj", który go kręci. Ofiary ten "haj" jednocześnie niszczy i uzależnia. Związek pełen dramatów, taki, o który trzeba walczyć, choć destrukcyjny, wydaje się atrakcyjniejszy bądź bardziej wartościowy od normalnej, opartej na zaufaniu i szacunku relacji. Amplituda emocji jest mylona z siłą miłości. Pojawia się tutaj także mechanizm niechęci do porzucenia czegoś, w co tak wiele się "zainwestowało".

Korzyści z triangulacji jest wiele, ale wszystkie one znajdują się po stronie psychopaty. Ofiara za sprawą tej techniki czuje się upokorzona, wymęczona do granic możliwości, bezradna, smutna i zdezorientowana. Do tego dochodzi także wstyd związany z nieumiejętnością zakończenia niszczącej relacji. On z kolei powoduje izolację od otoczenia i jeszcze większą zależność od psychopaty, poza którym nieraz ofiara nie ma już niczego i nikogo.

Technika ta nie musi dotyczyć relacji damsko - męskich, często w grę psychopaty zostają wciągnięci członkowie rodziny lub współpracownicy. Agresor używa ich do wspierania swojego autorytetu, kiedy ofiara zacznie już otwierać oczy i kwestionować zdrowy charakter ich relacji. Wówczas z pomocą przyjdzie psychopacie zmanipulowana przez niego kumpela ofiary, jej współpracownik, a nawet rodzic. Jeśli są naiwni, będą oni namawiać do dania świni drugiej szansy i wzruszać się jej krokodylimi łzami. Na ogół rzecz jasna, do czasu, ponieważ jako osoby nieuwikłane emocjonalnie w takim stopniu, jak ofiara, mają szansę szybciej połapać się w grach napastnika.

Triangulacja ma wymiar nie tylko negatywny, ale również "pseudopozytywny". Może polegać na wychwalaniu pod niebiosa aktualnej zdobyczy przy jednoczesnym skrajnym deprecjonowaniu poprzedniej partnerki. W tym wydaniu służy ona "tresowaniu" ofiary i uczeniu jej, jak ma postępować. "Moja była wydawała kupę kasy na fryzjera i kosmetyki, nie mogłem tego znieść, jakie to szczęście, że Ty nie przywiązujesz wagi do takich rzeczy i cenisz wartości duchowe". Po takim komunikacie zastanowisz się dziesięć razy, czy masz sobie kupić fajny ciuch bądź zaczniesz z oszczędności malować sobie policzki burakiem, a brwi pociągać węglem. Od razu mówię - szkoda czasu. Jak już przywdziejesz karnie wór po ziemniakach i zasiądziesz w papuciach z łyka nad dziełami Arystotelesa, w mdłym blasku świecy dojrzysz swojego psychopatę w objęciach blond Barbie ze sztucznym biustem. Zanim dowiesz się, że to dlatego, że strasznie się ostatnio zaniedbałaś, usłyszysz rzecz jasna: "wydawało ci się".